Moja rada: wszystkie trzy opublikowane odcinki reportażu Marka Zwierza i Joanny Siemiak zainteresowani Czytelnicy i Skrytoczytacze SSI powinni skopiować na pendrive. Jestem przekonany, że podczas rejsu okażą się być przydatnymi. To nie locje, ale zbiór ciekawostek. Teraz locje żeglarskie okopały się w internecie. Czasy się zmieniają z dnia na dzień. Czy to dobrze? Hmm – jak dla kogo.
Uwaga – będzie czwarty odcinek.
Zyjcie wiecznie!
Don Jorge
==============================
Emeritus Travel - 3
W pierwszym odcinku wyruszyliśmy z Górek Zachodnich i dopłynęliśmy do La Rochelle. W drugim żeglowaliśmy wzdłuż północnych wybrzeży Hiszpanii od Bilbao w Kraju Basków po A Corunię w Galicji. Teraz zaczynamy atlantycka przygodę.
W dalszym ciągu stosujemy się do zaleceń Hiszpanów, żeby żeglować blisko brzegu i tylko w dzień. Orkom pora dnia nie stanowi różnicy, ale w nocy generalnie podejmuje się mniej racjonalne decyzje, a ewentualna akcja ratownicza jest trudniejsza. To, żeby nie przekraczać izobaty 20 m, jest w praktyce nierealne. Mało tego, nie tylko nierealne ze względu na ukształtowanie dna, ale też nieracjonalne, co okazało się później. Już na południu Galicji, w okolicach Vigo, orki atakowały niemal przy brzegu, wchodziły do ujść rzek. Wszystko w poszukiwaniu chipirones, a właściwie młodych ośmiorniczek. Chipirones to lokalne danie zrobione z tych młodych ośmiorniczek i naprawdę godne polecenia wszystkim miłośnikom owoców morza. Nie spiesząc się, z baksztagowym wietrzykiem dopływamy do Muxii. To jeszcze przed Cabo Finisterre, ale z tym przylądkiem związane. Wybrzeże nazywa się Costa da Morte, Wybrzeże Śmierci. W listopadzie 2002 roku nazwa ta zyskała swoje odbicie w rzeczywistości. Właśnie wtedy zdarzyła się największa w historii katastrofa ekologiczna. Tankowiec „Prestige” zatonął przełamując się i uwalniając 5000 ton ropy. Zanieczyszczonych zostało 1300 km wybrzeża. Najbardziej ucierpiała właśnie Muxia. Teraz przypomina o tym pomnik – przecięty na dwie części blok granitu. Ustawiony jest na przylądku niedaleko koło Santuario de Nuestra Señora de la Barca, kościoła na tymże przylądku, który jest też jednym z etapów pielgrzymki do Santiago de Compostella.
Tymczasem my znów trafiamy na lokalną imprezę, doroczne święto miasta oficjalnie rozpoczęte z balkonu na placu przez burmistrza i organizatorów. Poza zwykłym w takich wypadkach natłokiem chińskiego badziewia trafiają się też rzeczy wyjątkowe. Na przykład ręcznie napędzana, drewniana karuzela dla dzieci. Są też lokalne potrawy i wytwory lokalnych artystów i rzemieślników. Przede wszystkim są lokalne zespoły folklorystyczne muzykujące na ulicach i to właśnie robi najlepszą atmosferę całego święta.
.
Kolejny skok do Muros. Tym razem opływamy Cabo Finisterrae. To już Atlantyk pełną gębą. Muros to niewielki porcik z niedużą mariną i paroma ciekawostkami. Na przykład jest tam, niestety już wycofany z eksploatacji, młyn zasilany pływami. Robimy kilka wycieczek i płyniemy dalej. Kierując się w stronę Zatoki Vigo można płynąć na zewnątrz, zostawiając po lewej burcie wyspy i wysepki niezbyt oddalone od stałego lądu, a można też przeciskać się pomiędzy wyspami i lądem. Nieco ryzykancko wybraliśmy tą pierwszą opcję i bardzo dobrze. W tym czasie orki zaatakowały właśnie na wodach wewnętrznych. Zupełnie nie zwróciły uwagi na zalecenia hiszpańskie, że mają trzymać się głębokości większych, niż 20 m. Tymczasem z daleka, ale po naszej prawej burcie, widzieliśmy coś, co w pierwszej chwili zakwalifikowaliśmy jako grindwale, albo pilot whales. To też rodzaj delfinów, nieco jednak od orek mniejszy. Potem dokładnie zweryfikowaliśmy nasze obserwacje i to były ewidentnie orki. Orki inaczej się zachowują i mają nieco większe płetwy grzbietowe. Te nasze to była grupa trzech, czterech samic. Na nasze usprawiedliwienie można dodać, że widzieliśmy je z dość dużej odległości około 1 mili. Tak nam coś migało na horyzoncie. Jednym słowem znowu się nam udało. Wieczorem cumujemy w Cangas. To porcik naprzeciwko Vigo, do którego regularnie kursują promy. Następnego dnia wychodzimy na małe zakupy i trafiamy na pchli targ, na którym także miejscowi działkowicze sprzedają swoje zbiory. Nabyliśmy pomidory, które Asi przypominały te, uprawiane przez jej tatę. Z odstępem najlepsze pomidory w całym naszym rejsie. Naprzeciwko Cangas, po drugiej stronie wąskiej, głęboko wciętej zatoki jest Vigo. Najdalej na południe wysunięty port Galicji. To tutaj w 1702 roku połączone floty Anglii i Niderlandów pokonały Hiszpanów wspomaganych przez Francuzów. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że zatopione zostały hiszpańskie galeony wiozące złoto i srebro z Nowego Świata. Do dzisiaj tych skarbów nie odnaleziono. Z tego skarbu korzystał Kapitan Nemo z powieści Jules Verne’a do finansowania swojej podmorskiej włóczęgi. My ambicji poszukiwaczy skarbów nie mamy, technicznych możliwości też nie, ale i tak płyniemy promem do Vigo, żeby trafić akurat na przemarsz … szkoły samby! Szczególnie jedna tancerka się wyróżniała, ale ona najwyraźniej, sądząc z wyglądu i temperamentu, miała brazylijskie korzenie.
.
Ruszamy dalej, a dalej to już Portugalia. Kolejny kraj na naszej trasie, kolejna flaga pod salingiem do naszej kolekcji. Zawijamy do Viana do Castello. Oczywiście znów trafiamy na lokalną fiestę. Doroczne święto miasta połączone z uroczystościami religijnymi. Koło mariny jest rząd jarmarcznych budek z ofertami miejscowych rzemieślników i artystów. Zero chińszczyzny, same naprawdę gustowne wytwory artystyczne i ludowe. W dodatku miejscowi w każdym wieku przebierają się w ludowe lub stylizowane na ludowe, stroje. Tak normalnie. Od 1867 roku przez miasto maszerują zespoły ludowe z obowiązkowymi zestawami bębniarzy. Od 1968 roku na ulicach tworzone są dywany z sypanej kolorowej soli, po których następnego dnia w południe przechodzi procesja. Figura Nossa Senhora d’Agonia przenoszona jest na jeden z przystrojonych odświętnie kutrów rybackich i odbywa procesję wzdłuż wybrzeża, aż do ujścia rzeki Limia, prosząc o dobre połowy i bezpieczne powroty. Fiesta co roku odbywa się 20 sierpnia i cały tydzień przed tym terminem normalne życie w mieście zamiera, w urzędach niewiele można załatwić i tylko policja ma ręce pełne roboty. Przede wszystkim kierując wyjątkowo wzmożonym ruchem. Znowu nam się udało, bo nie wpuszczono nas do przepełnionej mariny pozostawiając przy zewnętrznym pomoście. Najlepszej trybunie do podziwiania wodnej procesji, co też skrzętnie wykorzystaliśmy. Znów po kilku dniach ruszamy dalej w kierunku Porto. Duże miasta nie są najwyżej
na naszej liście umieszczonymi miejscami godnymi odwiedzenia. Wszyscy spotkani po drodze znajomi żeglarze podkreślali, że Porto jest punktem obowiązkowym. Żeby nie stać w środku miasta wybieramy port nieco spokojniejszy, nieco tańszy i leżący w pewnym oddaleniu od centrum, Leixoes. To przedmieście Porto skomunikowane z centrum czymś pośrednim pomiędzy tramwajem, szybką koleją miejską i metrem.
Natomiast prawidłowa wymowa nazwy tego portu po portugalsku pozostaje dla nas ciągle tajemnicą. O Porto napisano już tyle, że nie będziemy tego powtarzać. Możemy jednak dodać, że porto nam zasmakowało. Nawet bardzo. Cały czas obserwujemy zachowanie orek. Krążą pomiędzy Porto, Vigo i Lizboną. 200 milowy skok w ciągu doby to dla nich bułka z masłem. Decydujemy się na gest radykalny, sprawdzamy pogodę i, omijając wcześniej planowaną Lizbonę, płyniemy na Porto Santo. Trzy dni ostro na wiatr, trzy dni flauty, trzy dni pięknej żeglugi i stajemy w Porto Santo. Port pełny, kotwicowisko w porcie pełne, na kotwicowisku na przedpolu
portu około 20 jachtów. Sama nazwa Porto Santo działała na wyobraźnię od lat. Wreszcie tu jesteśmy. Pożegnaliśmy też kontynentalną Europę.
Porto Santo zadziwiło nas swoją strukturą. Jesteśmy przyzwyczajeni do granitów i wapieni gładzonych przez lodowce. Tutaj trafiamy na wyspę o pochodzeniu wulkanicznym, gdzie głównym źródłem erozji były wiatr i ocean. W dodatku brekcja piroklastyczna, która jest główną materią tworzącą wyspę, wygląda jak kupa gruzu zlepiona pyłem i sypiąca się niemal przy każdym dotknięciu. Są fragmenty trwalsze, jak bazaltowe graniastosłupy. Czego na Porto Santo brak, to wody. Całość wody wprowadzanej do sieci na wyspie to odsolona woda oceaniczna. Także spora część energii pochodzi z produkowanego z glonów morskich gazu. Historia sięga nie tylko milionów lat historii geologicznej, ale też przełomu średniowiecza i renesansu. Tutaj mieszkał przez jakiś czas Krzysztof Kolumb. Kątem u teścia, bo wżenił się w tutejszą rodzinę. Oczywiście teraz na maksa się to wykorzystuje. Jest dom Kolumba, muzeum artefaktów z Nowego Świata, izba podrobiona jak wtedy, kiedy On tu był, słowem wszystko dla turystów. Wyspa jest wyjątkowa, bo ma piękne plaże, a
mieszkańcy Madery przyjeżdżają tu masowo na wakacje. No to zobaczmy jak jest na Maderze. Marina w Funchal jest przepełniona, kotwicowisko niespokojne, a marina w Quinta do Lorde ma zniżkę dla członków Trans Ocean.
.
Quinta do Lorde leży na północno wschodnim krańcu Madery i poza mariną i sporym resortem SPA niczego tam nie ma. Jednak jest regularne połączenie autobusowe i to może umożliwić nam zwiedzanie wyspy. W większości miejsc turystycznych stosunkowo łatwo jest wypożyczyć samochód, co też skrzętnie ykorzystujemy. Madera jest wyspą często odwiedzaną przez Polaków i polski język słychać na ulicach Funchal i na trasach wycieczkowych. Na przykładzie Madery można pokazać, jak pasatowe wyspy są zasilane w słodką wodę. To fascynujące, jak od czasu odkrycia wyspy w 1419 roku zbudowano cały system zbierania wody, która tam dosłownie spada z nieba. Od strony meteorologicznej to proste. Wysokie góry, a najwyższy szczyt Madery liczy 1862 metry, stanowią zaporę dla niskich chmur typu cumulus, których podstawa sięga najwyżej 1200 m. Wilgoć z zatrzymanych na zboczach chmur osadza się na skałach i roślinach, głównie tam, gdzie rosną lasy laurowe, pozostałość po pierwotnej przyrodzie Madery, i spływa w doliny. Ludzie bardzo wcześnie zaczęli umiejętnie kierować tę wodę w stronę gospodarstw stopniowo rozszerzając zakres jej wykorzystania. Podobno w tej chwili cała, odpowiednio uzdatniona, woda wykorzystywana na Maderze pochodzi z tych kanałów zwanych lewadami. Z Madery na Wyspy Kanaryjskie jest około 300 mil. Mało kto wie, że pomiędzy są jeszcze wyspy. 20 mil na południowy wschód od Madery są Ilhas Desertas. Wyspy zbyt niskie, żeby mogły zgromadzić niezbędną wodę i zbyt strome, żeby warto było je zasiedlać. W połowie drogi między Maderą i Kanarami są Ilhas Selvagem, Wyspy Dzikie. Tam też nie ma szans na wodę. Dwukrotnie usiłowano je bez sukcesu skolonizować i dwukrotnie z braku wody to się nie udało. Obie grupy wysp są teraz Parkami Narodowymi. Grupa Selvagem i obszar wód wokół niej stanowi pierwszy i największy Morski Park Narodowy Portugalii o powierzchni 2700 km². Można tam wpłynąć na maksymalnie 48 godzin po uzyskaniu specjalnego zezwolenia. Nie jest to trudne i nic nie kosztuje, więc odpowiednio wyposażeni stajemy na boi naprzeciwko strażnicy Parku na Deserta Grande. Możliwość zwiedzania niewielka, bo żadnej dalszej wycieczki nie można podjąć bez ryzykownego wspinania się po kruchych skałach piroklastycznych, o których wspominaliśmy wcześniej. Za to jest dwugodzinna ścieżka edukacyjna wokół płaskiego otoczenia strażnicy. Żyją tu endemiczne tarantule, odpoczywają foki, lęgną się ptaki i rosną rośliny, które nie tylko są endemiczne dla tego miejsca, ale też są w stanie przetrwać spore okresy suszy. Dla biologów raj, dla ciekawskich kopalnia wiadomości. Wracamy na łódkę przy okazji testując pierwszy raz nasz prastary ponton i nowy stary silnik zaburtowy nabyty okazyjnie na Porto Santo.
.
Kolejny przystanek po 120 milach na Selvagem Grande. Selvagem Pequenha są dla odwiedzających zamknięte. Ruch tu jak, nie przymierzając, w gdyńskiej marinie podczas Pucharu Trenerów. Na pytanie o możliwość zejścia na ląd otrzymujemy odpowiedź, że nie jest to możliwe. Może jutro po 14. No to idziemy spać, sprzątamy, gotujemy, czekamy, meldujemy się po 14 i … mamy zaproszenie na ląd. Na lądzie czeka strażnik parku, z którym idziemy na wycieczkę w góry. W ochronie parku pracuje 20 lat, na jednej lub drugiej wyspie pracuje się po około dwa tygodnie, zależnie od pogody, potem są dwa tygodnie wolne. Tą pracę trzeba lubić, stwierdza. W ogóle jestem wyspiarzem, dodaje, bo mieszkam na wyspie Maderze, na urlopie byłem na wyspie Porto Santo, a do pracy płynę na wyspę do parku Narodowego. A tak przy okazji, wczoraj był najgorszy dzień na odwiedziny na wyspie, bo była wymiana załogi, a wtedy wszyscy maja co innego do roboty. Szczególnie, że transport odbywa się na 50-letnim statku serwisowym portugalskiej marynarki, na którym strażnicy nie mają nawet swojej kabiny i przez 14 godzin gnieżdżą się w przejściach. No to już rozumiemy, dlaczego nas tak przyjęto. Tymczasem wspinamy się 200 metrów na pobliski szczyt i okazuje się, że góra wyspy to olbrzymi płaskowyż. Teraz suchy i szary, ale wczesną wiosną, przy większych opadach, wszystko rozkwita, jest kolorowo. Na Selvagem Grande wykluwają się pisklęta Burzyka żółtodziobego. Jedno pisklę jest karmione, a kiedy już zaczyna się opierzać, jest odkarmione i prawie gotowe do lotu, rodzice robią sobie wolne i je zostawiają. Pisklę czeka jeszcze kilka dni na nowe opierzenie i wylatuje. Musi sobie od tej pory
samo poradzić z nauką latania i ze zdobywaniem pożywienia. Na wyspę wracają po sześciu latach. Tak, domyśliliście się, w celach prokreacyjnych. Mieliście w dłoni gekona? Na wyspie jest ich endemiczna odmiana. Ich łapy mają coś w rodzaju przyssawek i zwierzę może chodzić po pionowej ścianie. Najłatwiej znaleźć je pod płaskimi kamieniami. Oczywiście nie szukaliśmy sami. To nasz przewodnik pozwolił dotknąć „lepką” łapkę gekona. Wizyta na Selvagem Grande była jednym z hajlajtów naszego rejsu. Tak nam się spodobało, że poprosiliśmy o możliwość spędzenia na kotwicy kolejnej nocy. Dostajemy taką zgodę i dalej ruszamy następnego dnia rano. Dokąd dopłynęliśmy to już w kolejnym odcinku naszego „Emeritus travel”. W tajemnicy możemy zdradzić, że będzie o Wyspach Kanaryjskich.
.
Marek Zwierz i Joanna Siemiak – s/y „EPOKA”
--------------------
Zdjęcia:
Wybrzeże w Muxii bywa niebezpieczne.

Porto Santo. Tutaj kotwiczy się także w obrębie portu.
Niespokojne kotwicowisko na Selvagem Grande, w największym i
najstarszym portugalskim narodowym parku oceanicznym.