REJS NA KRAŃCE CYWILIZOWANEJ EUROPY

Michał Kozłowski wyrósł nam już na eksperta żeglugi po kresach cywilizacji.  Autor kilku wnikliwych raportów nawigacyjno – obyczajowych

tego rejonu Bałtyku gdzie diabeł mówi dobranoc, laureat Nagrody „ŻAGLI’. Łotwa i Estonia mają bardzo urozmaiconą linię wybrzeża. Bardzo

ciekawą nautycznie, przyrodniczo, historycznie i … socjologicznie. Nie zapominajmy, ze to kraje postsowieckie, gdzie „mniejszości” narodowe

czyli Rosjanie wcale nie są takimi mniejszościami. Co gorzej – ani myślą się asymilować, tylko czekają na pojawienie się „zielonych ludzików”,

najpierw w Narvie) bo przecież imperialna doktryna Wielkorusów jest wieczna. Zajrzałem do Wikipedii. Mniejszość rosyjska na Łotwie wynosi 26,9% 

a w Estonii 25,7%. 

Narva to miasteczko przygraniczne, zasiedlone prawie całkowicie przez Rosjan. Estońscy Rosjanie podają się za Estończyków tylko wtedy,

kiedy wyruszają do schengenowskiej Europy. Rządom i administracjom lokalnym Estonii i Łotwy bardzo współczuję.

Dlaczego rejs na te wody jest atrakcyjny – po prostu mnóstwo tu jeszcze dzikich brzegów, odludnych miejsc, nielicznych jachtów..

Te państwa to mikrusy. Dla porównania – Estonia – ludność 1,3 miliona, Łotwa – 1,9 miliona podczas gdy Województwo Pomorskie liczy sobie 2,6 milo

Łotwa i Estonia w odróżnieniu od Litwy lubi Polskę

Ale to już moja subiektywna ocena.

Ponawiam zachętę – pożeglujcie na wody łotewskie i estońskie póki czas. Taka możliwość długo nie potrwa L

Michałowi, Stasiowi i Markowi dziękuję.

Zyjcie wiecznie (każdy ze Swoją) !

Don Jorge

-------------------------------------------

Don Jorge,

Kilka dni temu wróciłem z ciekawego rejsu. W komentarzu  do pierwszej mojej relacji pisałeś:  Niestety nie dociągnąnęli do Narwy. W Narwie nie byłem. Kto wie czy Michał nie zaprzepaścił niepowtarzalnej okazji zobaczenia obcego ciała na terytorium Estonii. Jeżeli Rosja zdecyduje się pójść za ciosem, to właśnie Narwa (58 tyś. mieszkańców, 95% Rosjan) będzie drugim Donbasem

Teraz nadrobiłem zaległości i opisałem zwiedzanie Narvy. Płynięcie tych kilku mil po rzece granicznej zostanie mi na długo w pamięci.

Michał

Przez ostatnie dwa lata zwiedzałem Estonię i na kolejny rejs planowałem zmienić kierunek. Po przejrzeniu odwiedzonych miejsc doszedłem jednak do wniosku, że jeszcze na trzeci sezon zostało sporo nieodkrytych estońskich portów. Popłynąłem razem z dwoma moimi przyjaciółmi, Stanisławem i Markiem. Na moim jachcie byli po raz pierwszy, ale żeglowali wcześniej wiele. Popłynęliśmy jachtem Odys 28  MAZU 2”

Początek rejsu to tradycyjnie transport lądowy z Jadwisina do Górek Zachodnich. Zaskoczeniem przy płaceniu w Górkach była opłata 200,0 zł za stawianie masztu, to więcej jak za wodowanie. Z początkiem sierpnia ruszyliśmy w stronę Gotlandii. Dwa dni w słońcu, na przemian silnik/żagle i w nocy zacumowaliśmy w Vandburgu. Stały 4 jachty i jak zwykle cisza. Za portem rybackim jest plaża z piaskiem bez kamieni, gorącawoda w morzu zachęciła nas do kąpieli. Po odpoczynku ruszyliśmy do Ventspils. Ten port też odwiedzałem wielokrotnie, ale jest po drodze i można wygodnie tam odpocząć. Było wiele imprez w mieście i większość miejsc była zajęta. Konkurs zamków z piasku, pokazy sztucznych ogni, koncerty i wystawy. Po odpoczynku ruszyliśmy w stronę Estonii. Wyspa Ruhnu jest dość znana, ale ja nie byłem tu jeszcze. To skrawek estońskiego lądu na środku Zatoki Ryskiej. Na tym etapie potrenowaliśmy refowanie, wiele burz nas straszyło a dwie zmoczyły.  Wpłynęliśmy do portu o 2 w nocy a tam dość ciemno. Port wydawał się ciasny i zapchany jachtami. Stanęliśmy przy wejściu obok kilku innych łódek. Był jakiś zlot, regaty i zabawy nocne. Rano wypłynęło 20 jachtów i zrobiło się cicho i sympatycznie. Opłata 10 euro za wszystko.


Ruhnu

Pospacerowaliśmy do zabytkowego kościoła, po lesie i pustej plaży. Na wyspie jest latarnia projektu Eiffla. Mały prom dowozi tu turystów. Miał dojechać trzeci załogant to popłynęliśmy do Pärnu. Dojeżdża tam autobus z Polski. Znów burze albo brak wiatru i martwa fala. Po całym dniu zacumowaliśmy w porcie. Pärnu jest nad rzeką o tej samej nazwie i trzeba wpłynąć w jej ujście, wszędzie głębokości po 6m. Miejsc na 100 jachtów, większość to rezydenci. 20 euro i wszystko w cenie. Stacja paliw na nabrzeżu za portem umożliwia tankowanie jachtów. Podobno tutaj polskie jachty to rzadkość, wywiesili flagę polską obok fińskiej. Finowie tu cumują niemal codziennie. W mieście atrakcji nie wykryłem. Trochę drewnianych budynków, porządek i sporo miejsca między domami. Turystów widać na ulicach, plaża nudystów blisko portu.

Wieczorem ruszyliśmy dalej. Przez całą noc płynęliśmy między płyciznami w cieśninie Muhu  Väin. Rano zacumowaliśmy w Haapsalu. Są tam trzy mariny, wybraliśmy najbliższą. Port gościnny, ale 25 euro to jak dotąd najdroższa opłata. Zwiedzanie sławnego dworca i zamku i wracamy do jachtu. Dużo zadbanych budynków drewnianych. Pozostałości bazy radzieckiej na cyplu odgrodzili kratami i zakazem wstępu. Popłynęliśmy w stronę wyspy Osmussaar, niestety silny wiatr i fale znów pokrzyżowały plany. Podejście było niemożliwe a trzeba stanąć na kotwicy. Przepłynęliśmy do wysp Pakri, to miejsce znałem z ubiegłego roku. Byliśmy tu lepiej osłonięci. Na kotwicowisku postawili dużą boję cumowniczą, brak napisów to nie wiem czy dla gości czy dla lokalnych motorówek z turystami 59 20,38N  i 24 00,32E. Stanęliśmy obok na kotwicy i popłynąłem pontonem na ląd. Zwiedziłem dokładnie wioskę, ale trudno opisać jej klimat. Czas się tu zatrzymał, trzeba to zobaczyć. Domy stare, obok pozostałości złomu wojennego i brak ludzi. Przeszedłem odbudowanym mostem na drugą wyspę, niestety czas było zawracać. Warto mieć rowery na taki spacer. Po noclegu na kotwicowisku ruszyliśmy do Tallina. Wiatry silne to pomimo refów szybko dotarliśmy do Pirity. Tu wszystko niemal po staremu, tylko prysznice ukryli w kawiarni. Chodzenie z ręcznikami między gośćmi siedzącymi przy stolikach krępujące jest trochę. Prysznice są dostępne od 9 do 18, opłata 2 euro. Zwiedziliśmy muzeum morskie w hangarze wodnosamolotów. To miejsce trzeba wpisać na listę obowiązkowych miejsc do zobaczenia. Sam widok sufitu robi wrażenie. Możliwość zwiedzania wnętrza okrętu podwodnego to też niecodzienne przeżycie. Dla dzieci sporo atrakcji, można sterować modelami łódek po basenie, strzelanie z karabinu do samolotów, można nawet polatać samolotem na symulatorze. Mamy zawodowego pilota w załodze to przetestował latanie. Rozbił się po kilku beczkach, twierdził, że to atrapa dla amatorów. Pod sufitem był podwieszony wodnosamolot. Mundury różne można zakładać i robić zdjęcia. Bilety po czternaście euro. Ruszyliśmy w stronę wyspy Keri, niestety sztormowy wiatr i fale utrudniły nawet fotografowanie. Skały w około i podejść blisko się nie dało. Widać latarnię i kilka dużych budynków, na slipie stała jakaś łódka. Ludzi nie widziałem, ale pewnie byli. Przepłynęliśmy do wyspy Prangli, jest tu wygodny port Kelnase. Niestety bez pryszniców. Zwiedziliśmy dokładnie, bo pogoda nie sprzyjała. Na wyspie jest sklep, kawiarnia, muzeum, poczta, szkoła, sporo starych domów i stu mieszkańców. Prom dowozi wycieczki. Wiatr trochę osłabł to popłynęliśmy do Vergi. Przy cumowaniu mieliśmy dopychający wiatr 12m/s a jedyne wolne miejsce było ukryte. Dobrze, że z innego jachtu wskazali miejsce i odebrali cumy. Dwadzieścia euro i wszystko w cenie z wifi. W okolicy sporo zadbanych domków, chyba letniskowych. Od kapitana estońskiego jachtu zdobyliśmy trochę informacji o kolejnych miejscach. Chcieliśmy płynąć do portu Toila, alezniechęcał. Jest to port ładny, ale zbyt płytki dla nas. Radził port Purtse. Wspomniał o swoim wejściu do Narvy i kontakcie z pogranicznikami.

Ruszyliśmy rano w stronę Purtse. Jachty i statki zanikły całkiem. Podejście do portu jest oznaczone trzema bramkami torowymi. Bramki są tak ciasne, że zostało po metrze przy burtach. Ciut obok boi widać kamienie i wodę po kolana. Nawet wędkarz stał w wodzie i łapał ryby w torze podejściowym. Głębokości chwilami poniżej 2 m i widać dno. Dobrze, że tylko piasek pod nami, kamienie wybrali z toru. W porcie głębokość 2,5m, Y bomy. Kilka jachtów rezydentów, głównie motorówki. Marina nowa i jest wszystko, opłata w sąsiadującej z portem kawiarni 20 e. Otwieranie bramy wymaga zadzwonienia na podany przez bosmana numer, uruchamia automat. Takiego rozwiązania nie spotkałem nigdzie, ale działa sprawnie. Bosman powiedział, że w tym porcie jesteśmy pierwszym jachtem z Polski. Port jest w ujściu rzeki. Rzeka trochę dalej w głąb lądu wygląda jak górska. Spacer do pobliskiego zamkuto 2 km. Ludzi bardzo mało w okolicy. Pozostałości bazy radzieckiej znów zamknięte płotami, ale widać ruinę. Rano stada jaskółek obsiadły jachty. Popłynęliśmy na silniku w stronę Narvy.

Dopływając do Narvy zgłosiliśmy wejście przy pierwszej boi torowej. Zaraz za główkami jest baza estońskiej straży granicznej, stał tam ich okręt. Sami podpłynęliśmy i zacumowaliśmy, przyszedł miły pogranicznik. Na pokład nie wchodził, zebrał tylko ogólne dane typu: skąd, dokąd, jaka narodowość, numery jachtu. Dokumentów ani danych załogi nie potrzebował. Poinformował tylko o zakazie pływania w nocy i prosił o telefon przed wypłynięciem. Granica wzdłuż rzeki jest oznaczona czerwonymi bojkami, radził nie przekraczać. Szlak oprócz boi granicznych nie ma żadnego oznakowania. Najgłębiej jest przy bojkach granicznych. Głębokości w główkach najmniejsze z zaobserwowanych to 3,5 m. Na rzece podobnie, ale zazwyczaj głębokość przekraczała 5m. Wzdłuż brzegu estońskiego widać dużo pływaków od sieci, po stronie rosyjskiej były tylko w kilku miejscach. Pół mili za główkami jest jakiś mały port, stały dwa jachty żaglowe i kilka motorówek wędkarskich. Ta okolica wygląda na ruinę. Z główek do mariny w centrum jest 8 mil pod słaby prąd. Brzegi rzeki trochę przypominają Narew, po stronie rosyjskiej jest mniej zabudowań niż po estońskiej. Po brzegu estońskim jechał zielony samochód i nas dyskretnie obserwował. Później go spotkaliśmy podczas spacerów, to byli strażnicy w mundurach.Obserwowali nas również Rosjanie na kilku łodziach patrolowych. Później my mogliśmy obserwować Rosjan, bo mieli swoją bazę naprzeciw naszego pomostu.Cumuje tam kilka niebieskich łodzi.W porcie jest pomost pływający z głębokością przy nim 2,5m. Ciut dalej jest płycizna oznakowana bojkami, ale jakoś nieczytelnie to warto uważać. Bramka wyjścia z pomostu zamknięta i trzeba było zadzwonić, bosman przyszedł i dał klucze.Prosił tylko, aby zamykać na noc i gdy wychodzimy. Przychodzą podobno z pobliskiej knajpki podpici goście. Pewnie dlatego na furtce jest napis: granica wstęp wzbroniony. Wszystko w cenie 20e, tylko sauna dodatkowo. Bosman odwiedzin polskich jachtów nie pamięta. Był kiedyś podobno trzymasztowy żaglowiec z Polski i stał tydzień na kotwicy.

W porcie stoi jeden jacht żaglowy i motorówka.  Sąsiedni pomost to przystań klubowa i kilka łódek tam stało. Obok restauracja, rybka z frytkami 5 euro to chyba taniej niż w Polsce. Piwo po 3,5 euro smakowało mniej. Budynki przyportowe podczas wojny i później zajmowało więzienie, tysiąc więźniów tu zmarło. Restauracja w takich budynkach to trochę upiorny pomysł. Na ulicach słychać wyłącznie język rosyjski. Wieczór zakończyliśmy na jachcie puszczając Chór Aleksandrowa. Widok zamków zatyka dech w piersiach, dwie twierdze rozdzielone rzeką i jeszcze setki metrów umocnień fortów. Zamek estoński można zwiedzać i wejść na wieżę \8e\. Do fortów też można wejść, ale nam się nie udało, chyba trzeba zarezerwować przewodnika. Zamek po stronie rosyjskiej to tylko mury puste w środku, mają jeszcze dużo do odbudowania. Sporo wędkarzy stoi z wędkami przy brzegu, ale sukcesów nie widać. W ciągu dnia przepływały dwie motorówki z wędkarzami estońskimi i rosyjscy pogranicznicy, więc ruch niewielki. Przy moście kończy się oznakowanie granicy a kilometr dalej jest elektrownia wodna. Na ulicach ruch niewielki, wszystko zadbane a ludzi niewiele. Promenada wzdłuż rzeki ściąga większość spacerowiczów. W nocy brzeg estoński ślicznie rozświetlony a rosyjski ciemny. Na moście stale stoi kolejka aut do przejścia granicznego z Rosją, w drugą stronę pusto.

  

Za dnia                                                                                                                            Nocą brzeg rosyjski zaciemniony

Narva była cała zburzona w 1944 i niemal wszystko to budynki powojenne. Zadziwiła mnie winda na wieżę kościelną, trochę to szokuje i nigdy się z takim rozwiązaniem nie spotkałem. Odpływając chcieliśmy zgłosić wyjście na 16 kanale, był brak odpowiedzi, bo chyba angielskiego nie znają. Zadzwoniliśmy na numer podany nam przy wpływaniu i po rosyjsku poszło dobrze. To był koniec formalności, pomachaliśmy serdecznie Rosjanom z kilku łodzi kotwiczących wzdłuż granicy i tyle. Bezpośrednio popłynęliśmy do Dirhami, to 160 mil \30h\. Po drodze zbliżyliśmy się do lądu, aby zobaczyć wodospad Valaste, niestety było nadal zbyt daleko. Jest tam taras widokowy dla zwiedzających. Koło Tallina spotkaliśmy kilkadziesiąt fińskich jachtów, jakieś regaty robili. Tylu jachtów to przez cały rejs chyba nie widziałem. Zacumowaliśmy w Dirhami a tu jakieś święto, pełno ludzi, koncert, jakieś zawody. Wieczorem wszyscy pojechali i nastała cisza. Port duży i wygodny, stoi kilka jachtów. Y bomy, stacja paliw, kawiarnia. Głębokości ponad 3m. Dwa lata temu było pełno grzybów, teraz ani jednego. Spacer na cypelek był ciekawy: znalazłem skarb w schronie. Były dokumenty, biżuteria i gotówka to dodałem kilka moich monet i schowałem dla następnych. Pomimo silnego wiatru popłynęliśmy w stronę Saremy. W nocy wiatr nie sprzyjał i trochę wspieraliśmy się silnikiem. Żadnego ruchu w cieśninach w nocy nie było. Trzeba tylko pilnować oznakowania torów, bo głazów i płycizn w tej okolicy jest dużo. Rano zacumowaliśmy na wyspie Abruka. Jest tu wygodny port jachtowy i dopływa mały prom. Głębokości ponad 2,5m. W porcie wszystkie wygody, byliśmy jedynymi gośćmi \20e\. Stało kilka pustych łódek a miejsca na dziesięć kolejnych. Możliwe, że ruch w porcie się zwiększa w soboty i niedziele, bo blisko do portu Kuressaare.

W opisach internetowych wspominają o wielu gatunkach storczyków i gajach lipowych. Mnie słabo urzekło, możliwe, że z powodu spaceru w strugach deszczu. Na przeciwległym końcu wyspy jest wieża widokowa i można podziwiać ptaki, warto zabrać lornetkę. Wypłynęliśmy w stronę Łotwy, po 3 godzinach już mieliśmy drugi ref. Słoneczna pogoda i półwiatr 6B, Estonia żegna sympatycznie. W nocy płynął na nas kuter, zmieniłem kurs, ale on też zmienił kilka razy. Podpłynął blisko i nas oświetlił szperaczem. Później odpłynął, powrócił po kilkunastu minutach i zaczął nas stale oślepiać szperaczem. Zmieniłem kurs zdecydowanie, aby zejść mu z drogi, myślałem, że wpływam mu w jakieś sieci i chce mnie przegonić. Podpłynął całkiem blisko i mówiąc przez megafon kazał włączyć radio \po rosyjsku\. Radio było stale włączone na 16 i nikt nas nie wywoływał. Po chwili odezwali się polecając przełączyć na podany kanał. Spytali, czemu nie widać nas na AIS-ie i kto my. W rewanżu spytaliśmy, kto on. Straż Wybrzeża Łotwy… typowe pytania i dziękuję.

  

Rano zacumowaliśmy w Lipawie. Opłata 18 e i wszystko w cenie, prysznice i sanitariaty w hotelu. W pobliskim barku jedzonka po 3,5 e to taniej niż w Polsce czynne od 7 do 24. W ciągu dnia podpłynął do mariny szary okręt i dokładnie nam się przyglądał. Bez słowa odpłynęli. Zwiedziliśmy cerkiew, pozostałości Karosty i most obrotowy Eiffla. Z portu to 4 km, ale spacer nudny to lepiej pojechać komunikacją, dojeżdża tam kilka autobusów \0,8e\  Most ma dwa obrotowe przęsła otwierające drogę dla statków. Jest w doskonałym stanie i posłuży jeszcze wiele lat. Są podane godziny otwarcia i warto zobaczyć jak się obraca. Rano ruszyliśmy w stronę Kłajpedy.Na granicy litewskiej stał patrolowiec ipopytał nas trochę, kazali zgłosić się przed wejściem do Kłajpedy. Wiatr niestety południowy 5-6B nie ułatwiał żeglugi. O zmroku wpłynęliśmy do portu, dopłynąłem do obrotowego mostka do mariny i obsługa natychmiast otworzyła. Pewnie słyszeli jak się zgłaszamy i czekali, bo tak idealnie przez przypadek nie mogłem trafić. 20E i wszystko w cenie, internet - nie bardzo. Karta do toalet i bramki kaucja 10e. W nocy jakiś zjazd młodzieży na motorach i autach długo hałasował po rosyjsku. Miasto robi bardzo przyjemne wrażenie, czysto i zadbanie. Spacer wzdłuż kanałów to duża przyjemność. Pełno knajpek i odrestaurowane zabytki, wiele nowych dobrze udających stare. Spacer po starówce i muzeum w forcie, obiad i odpływamy w stronę Polski. Wiatr niestety znów przeciwny. Po dobie zacumowaliśmy w Helu. Wreszcie rybek smażonych się najemy. W Jastarni wyjęliśmy łódkę z wody i odjechaliśmy do Warszawy. Za wyjęcie z wody łódki i położenie masztu zapłaciliśmy taniej niż za sam maszt w Górkach. Cały rejs trwał 4 tygodnie, przepłynęliśmy 1400 mil. Silnych sztormów nie było, choć refowaliśmy się wielokrotnie, sierpień był wyjątkowo upalny. Wszędzie w odwiedzonych portach spotkaliśmy się z życzliwym przyjęciem. Najwięcej przyjemności sprawiło mi wpłynięcie do Narvy. Miałem w planie, ale z powodu silnych wiatrów zrezygnowałem z kotwiczenia przy wyspach Osmussaar, Keri, Vaindloo i Mohni. Moje poprzednie estońskie rejsy:http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=3018&page=0http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=3241&page=0

W ciągu trzech lat odwiedziliśmy w sumie 24 porty estońskie, a jest ich dużo więcej.

Mam nadzieję, że swoimi opisami zachęciłem do pływania do Estonii i za rok będę czytał w SSI  o innych rejsach w tamte strony.

Michał Kozłowski

 

 

Komentarze
o mniejszości rosyjskiej wEstonii Wiktor Plitko z dnia: 2018-09-19 23:56:00