Jestem już przygotowany do powieszenia newsa z omówieniem sobotnich uroczystości Jubileuszu 50-lecia Jachtklubu Morskiego NEPTUN w Górkach. Mam już fotografie Katarzyny Rembarz, Jerzego Makieły i swoje, ale nadal czekam na Komisję Regatową, która do tej pory nie dostarczyła wyników Regat Otwarcia Sezonu 2007. Cierpliwości.
Szybszy był natomiast kpt. Sławomir Pieniążek, jeden z założycieli NEPTUNA, budowniczy pierwszych obiektów przystani, były Komandor naszego jachtklubu (portret w Sali Kominkowej). Człowiek niesłychanie pogodny, kibic "liberatorów" i naprawdę nowoczesny. Piszę to z przekonaniem (znam Go 45 lat), aby uprzedzić zarzuty, że jego refleksje to typowa nostalgia (kiedyś panie dziejku to było żeglarstwo) wieku starczego. No bo przecież obaj jesteśmy kościanymi dziadkami. Mogę was zapewnić że i na wasze refleksje w rodzaju spojrzenia na drabinę PRZYJDZIE CZAS. Napewno, zaręczam. News jest okazją poznania PIERWSZEGO BOSMANA "NEPTUNA". A przy okazji - przyjrzyjcie się tłom fotografii. Moze coś Wam to będzie przypominało. Sławku - bardzo dziękuję !
Czekajcie na news o Jubiluszu i Regatach.
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge
______________________
Witaj Jurku
Na wczorajszych uroczystościach w naszym Neptunie zrobiłem zdjęcie, które wywołało u mnie pewne refleksje.
Zdjęcie to w załączeniu. 
Żródło refleksji Sławka Pieniążka
Pierwszym bosmanem Jacht Klubu Morskiego Neptun był Jan Rzucek. Nie ma chyba nikogo, kto w tych pierwszych latach istnienia klubu przewinął się przez naszą przystań, kto nie wspominał by tego człowieka mile i serdecznie. Pomimo osobistych tragedii jakie on przeżył – wyrok kary śmierci za działalność w AK na wileńszczyźnie i „ratująca go” amnestia na fali przemian października 1956 – był on bardzo pogodny i wesoły.
Stary marynarz Marynarki Wojennej rozpoczynający swoją służbę we Flotylli Pińskiej nie mógł wrócić do wojska – rzucił cumy w "Neptunie"

Człowiek ten miał Wielkie Serce do morza i wszystkiego co w jakikolwiek sposób się z tym morzem wiązało.
Jego naczelnym mottem było powiedzenie, że „kiedyś to były okręty drewniane ale marynarze żelazne – teraz zaczyna być odwrotnie”.

Całą swoją działalnością ( tak działalnością a nie pracą) w klubie starał się zrobić z nas właśnie tych żelaznych.
Za jego „rządów” w klubie nie do pomyślenia był taki obrazek jaki mnie sprowokował do napisania tych kilku słów.
W „tamtych czasach” na maszty „się wchodziło”, no ostatecznie można było użyć ławki bosmańskiej. Ale tej się unikało, bo honor na to nie pozwalał. Jak to ja nie wejdę?
Gdy wczoraj któremuś z „młodszych kolegów” zwróciłem na to uwagę to pierwszą jego reakcją było „ale to jest XXI wiek, wy wtedy nie wiedzieliście co to jest aluminiowa drabina”.
Tak, przyznaję mu rację. Nie wiedzieliśmy. Ale ten żeglarz, który po tej drabinie wchodził do pierwszego salingu – nic nie ujmując jego innym umiejętnościom żeglarskim – u Bosmana Rzucka na miano żelaznego by sobie nie zasłużył.
Załączam Ci jeszcze kilka zdjęć naszego kochanego Bosmana Rzucka – po prostu naszego Jasia jak większość z nas się do Niego zwracała.
Niech jego uśmiechnięta twarz przypomina Wam wszystkim jego motto o drewnie i żelazie.
Sławek Pieniążek

<p>O tempora, o mores, o k.. jak mawia jeden zacny doktor doktor... :) Czasy się zmieniają, ale nie na gorsze - na inne. Dziś niewielu by potrafiło odpalić i jechać samochodem z "ręcznym ssaniem", a o samochodach lub motokcyklach gdzie ręcznie ustawiało się wyprzedzenie zapłonu nie wspomnę. Dzisiejsze auta mają po kilka komputerów (jedno z moich aut miało komputer sterujący włączaniem poszczególnych żarówek). Podobnie jest na jachtach - mnóstwo elektroniki ułatwiającej życie. Nie odbieram tego jako przejaw zmiękczenia żeglarzy. Rejsy, które kiedyś opisywano w książkach dziś są normą. Rodzinne pływania przez bałtyk, rejony polarne, itp. We wszystkim widać postęp.</p>
<p>Twardzieli potrzeba w armii, na jachcie potrzeba ostrożności.</p>
<p>Hasip</p>
<p>1959 r. jacht s/y Pietrek, ( Konik Morski) przyplynął wspomóc Trzebież. Przed egaminem na stejota wytypowano załogę na rejs pod Bornholm ( bez prawa zawijania). Spotyka mnie zaszczyt objęcia funkcji I oficera. Miałem jeszcze włosy na glowie więc mi się zjeżyły. Rano wychodzimy z Trzebieży, wieje jak trzeba ale przed Kanałem Piastowskim flauci. Zalew rozkołysany i całą noc stoimy na kotwicy, na martwej fali. Wiadomo, paskudnie. Rano wchodzimy do Kanału, znikąd ratunku więc pzredłużona cuma na brzeg i burłaczymy aż do Swinoujścia. Odprawa i dalej w drogę na żaglach. Oczywiście wiatr w pysk a tu po prawej stoją niszczyciele znanej floty. Na halsie korzystnym zdobywamy wysokośc aby potem ją dokladnie stracić. Ta zabawa trwa z dwie godziny i matrosy zaczynają patrzec na nas podejrzliwie. Na szczęscie kilka szkwałów i wychodzimy za główki.</p>
<p>Na jachcie jest tylko kompas na ławeczce w kokpicie. W Bornholm trafiamy ale czas wracac na egzamin. Obliczam kurs powrotny i .... nie trafiam. Koledzy z innych wacht trochę sobie cyrklem pomagali aby nabić mile. Wtedy pierwszy raz miałem oczopląs wskutek swiateł nawigacyjnych i swiateł cywilnych na lądzie. Ruch jak cholera więc rakietnica pod ręką. Wszystko kończy się dobrze i rano cumujemy w Świnoujściu. Po sucharkach ruszam do knajpy na schabowego z kapustą.</p>
<p>Nie do wiary, pierwszy sztych w kotleta i ..trafiam obok. Przysięgam, musiałem położyc palec na schabowym i po nim przyłożyć widelec. To było niesamowite co robi z człowiekiem błędnik. To byly czasy gdy do fasonu należało wchodzić do portu na żaglach. Kto zna Trzebież wie jakie to trudne a wtedy jeszcze były bagna po lewej. Jakoś szczęsciło mi się a wtedy znany sławny żeglarz wbil sie wręcz w belki na nabrzeżu. Klar jachtu i na egzamin. Nie będę ściemniał, nie popisałem się ale zdałem ( egzaminatorzy i stół kiwały mi się pzred oczyma). Patent nr 70/Szczecin.</p>
<p>Tysiące godzin spływałem ale tylko ten rejs pamiętam i wspominam. Obudziles te wspomnienia.</p>
<p>pozdrawiam</p>
<p>Batiar</p>
<p>ps: nie twierdzę , że wtedy bylo lepiej ale...ciekawiej. To byly wyzwania</p>
<p>Hę?!! Czy były to czasy kiedy nie było silników albo pzrynajmniej sprawnych i pewnych silników?</p>
<p>Moje ostatnie trzy wejścia do Trzebieży w latach co prawda 80 były na żaglach - nie dla fasonu, lecz z konieczności. A w 1959...</p>
<p> </p>
<p>Zapewniam Johann, że do dziś nie wiele się zmieniło;))</p>
<p>krzysztof</p>
<p><strong><em>śp. profesor Stanisławski</em></strong></p>
<p>No właśnie, patrzę sobie na całą tę instalację - drabina, trzymana przez dwóch krzepkich żeglarzy, przynajmniej z początku niczym na górze nie przymocowana do masztu, niechby ktoś za zakrętem zrobił większą fale, brrr...</p>
<p>A ułatwienie życia? Hm, trzeba było drabinę skądś skombinować, przynieść, postawić (lawirując pośród takielunku jachtu własnego i sąsiednich), trzymać, uważać z duszą na ramieniu, czy ta dość chwiejna konstrukcja nie zamierza się przypadkiem zawalić... Naprawdę to wygodniejsze od ławeczki bosmańskiej? - bo na mnie robi wrażenie lenistwa grubo powyżej 100%...</p>
<p>...no chyba że ławeczki nie było w pobliżu, a drabina była, i nie jest to ani ułatwianie sobie życia, ani upadek żeglarskich obyczajów, tylko zwyczajny McGyver. Troche ryzykowny, ale pewnie sam bym też tak wlazł, gdyby nie było innych środków pod ręką. Niemniej, dobra praktyka morska to na pewno nie jest ;-)</p>
<p>pozdrowienia</p>
<p>krzys</p>
<p>ps. pokazany sposób użycia drabiny i tak nie przebije tego, co kiedyś widziałem na klatce schodowej biur jednego z warszawskich hipermarketów. Malarz stał otóż na dwunożnej drabinie, która jedną nogą stała na schodach, zaś drugą jej nogę trzymał krzepki pomocnik malarza. Oj, musiał być miły mistrz dla pomocnika...</p>
<p> </p>
<p>Jak już ktoś na nią wlazł, to mógł i przymocować. Ale wcześniej? - też by się niby dało, jakaś pętla z liny, w czasie stawiania drabiny luźna, potem się ją z dołu wybiera. Stopień upierdliwości operacji wzrasta w dwójnasób ;-)</p>
<p>pozdrowienia </p>
<p>krzys</p>
<p>Ano, toż piszę, że sam bym tak pewnie zrobił, jakbym miał akurat drabine pod ręką... ale ja to lubie różne makgajwery i truskawki cukrem też... :-)</p>
<p>pozdrowienia</p>
<p>krzys</p>
<p><em></em></p>
<p>Maciek ma tu sporo racji. Może uogólnienie jest nieuprawnione ale problem istniał i istnieje, nigdy też nie został poważnie w Polsce przedyskutowany. Zawsze, teraz też były dwa style żeglowania:</p>
<p>1. Tych, co dokonywali wyczynów, szpanowali niedźwiedzim mięsem, walczyli z morzem i sobą samym...</p>
<p>2.Tych, co czerpali radośc z goryczy soli, bycia na morzu, poznawania ciekawych miejsc i bycia z ciekawymi ludźmi.</p>
<p>To drugie podejście jest bliższe "przyjemniaczkom" jak sądzę.</p>
<p>A tradycja? Wszystko kwestia rozsądku. Jeśłi podnosze banderę na łodce, na której jestem w edóch z synek, to oczywiste, że on na moment przestanie jeśc banana albo gadać jak najęty i tyle. A na "Zawasie" do podniesienia bandery będzie jednak zbiórka i wybijanie szklanek. Jesli mam kilkunastoosobową załogę o niepewnych kwalifiaakcjach to musze i ją i dobę podzielc na wachty, A jelsi płynę przyjemnościowo w dwie rodziny to..itd,itp.</p>
<p>Każda przesada szkodzi naszemu zdrowiu: albo psychicznemu albo fizycznemu! Czyż nie?</p>
<p><strong>I po co to? Czy nie lepiej być tolerancyjnym w stosunku do drugiej strony?</strong> Prawdą jest, że nieliczni zwolennicy "niedźwiedziego mięsa" zostali zdominowani przez masy ludzi chcących po prostu wypoczywać na wodzie. U nas ten proces zachodzi dopiero od czasu przemian ustrojowych. Może lepiej starać się zrozumieć drugą stronę i szanowac wzajemnie?! Czasem z absmakiem odnoszę się do zanikającego na kursach ceremoniału żeglarskiego ale takie są znaki czasu. Choć mam nadzieję, że etykieta i ceremoniał kiedyś znowu powrócą. Sam piszesz, że inaczej jest na "Zawiasie" a inaczej rodzinnie. Takie przykłady "starych" muszą kiedyś zaowocować. A może nie.</p>
<p>pozdrawiam </p>
<p>zbigniew Klimczak</p>
<p>ps: ten tekst z pewnymi modyfikacjami pochodzi z wstępu do mojej książki "Polska dla żeglarzy", nawołującego do pluralizmu. </p>
<p>Protestuję! Nie zrozumiałeś mnie. Tu nie ma nic pokoleniowego, to po prostu różnica mentalności, która miala miejsce i dawniej. W rodzinie mam kilkunastu żeglarzy tzrech pokoleń, poczynając od pzredwojennego i zapewniam, ze dla wszystkich nas, i zawsze, żeglarstwo było sposobem na życie albo sposobem spędzania czasu, a nie walką o niedźwiedzie mięso i zabawą w kapralstwo.</p>
<p>Jedyna różnica to taka, że dziś jest miejsce na manifestowanie takiego podejścia, kiedyś media nagłaśniały tylko "wyczyn" i to koncesjonowany. Ale gdyby internet był w latach 60 to tę dyskusję mielibyśmy i wtedy. </p>
<p>A że grupy nie mogą sie porozumieć? A bo to pierwszy taki przypadek w życiu?</p>
<p>Mój serdeczny przyjaciel pokpiwa sobie z mojego żeglarstwa śródziemnomorskiego. I tak to się plecie w tym naszym świecie. W kontekście książki chodziło mi o problem, że tych ludzi raczej nie inetresuje tradycja, etykieta, ceremoniał. Przeważają ludzie chcący szybko się nauczyć prowadzenia jachtu, powtarzam, prowadzenia jachtu i już. Potem chcą już tylko wypoczywać na wodzie. Chcę aby to instruktorzy zrozumieli i na to kładli nacisk. Jeden procent z nich zapewne zasmakuje "prawdziwego" żeglarstwa ( Fr. Chichester: żeglarstwo to nie sport to charakter) ale to już inna sprawa.</p>
<p>pozdrawiam</p>
<p>Zbyszek</p>
<br />
<p> </p>
<p>Howk...<br /></p>
<p>I na koniec, czym byłby człowiek na starość bez wspomnień?! Daj nam wspominać i skończmy temat.. <strong>Osobiście załuję, że wspomnienie o dzielnym Bosmanie zostało sprowadzone do "drabiny".</strong></p>
<p>Wiecie doskonale co to auta bez ssania, laptopy i inne cudeńka ale nie macie pojęcia jakie spustoszenia są w człowieku którego ominęła KS. Znałem osobiście dwie takie osoby, z ktorych tylko jedna się pozbierała i żyła aktywnie, jak wspominany Bosman. </p>
<p>Autorowi dziękuję za to wspomnienie o Dzielnym Człowieku i pozdrawiam</p>
<p>Zbigniew Klimczak</p>
<p>ps: "drabina " tylko wywołala wspomnienia a nie była krytyką współczesności. "Drabina" to temat całkiem"OBOK". Obawiam się Drogi Don Jorge, że po mnie następny żeglarz nie zdobędzie się już na nostalgiczne wspomnienia w Twoim Salonie.</p>
<p>Żyj wiecznie</p>
<p>Batiar</p>
<p>Ja w newsie znalazłem dwa tematy. Do jednego jedynie się odniosłem. </p>
<p>Odniosłem się jedynie do tematu w którym autor uznał za coś niestosownego używanie drabiny.</p>
<p>Hasip</p>
<p>tak własnie odczytałem Twoje intencje. Ale mylisz się, ani kpt Pieniążek ani ja , jak wspominam , to jest tak jak w tej reklamie Coca-Coli. <strong>A czy ja mówilem, że dawniej było lepiej</strong>. Jesteśmy starzy ale nie sklerotycy. Ale to nie jest temat stosowny do wspomnień o dzielnym Człowieku z żelaza. Ma rację robert jak pisze, że ta młodzież jest czasem taka sobie. Zdarzało się, że musiałem siedzieć na sterze przez dwadzieścia godzin ( 74 lata) podczas gdy młoda załoga "umierała". Ale nie odważyłbym się wyciągać dalej idących wniosków. W żeglarstwie linie podziału nie idą wg wieku, to udowodnione.</p>
<p>Trzymajmy kciuki za Jabłońskiego, nawet jak powiedział, że czuje się Niemcem. 4 :4 a potem zwycięski bieg. To by się działo, choć to już sukces.</p>
<p>pozdrawiam</p>
<p>Batiar</p>
<p>A ty pewnie chciałes powiedziec "Tempora mutantur..."</p>
<p class="MsoNormal">Zastanów się czy tegoroczny laureat „Nagrody Kulińskiego” (sorry, nie zapamiętałem jego nazwiska) ten chudy, żylasty i bardzo skromny człowiek, który po otrzymaniu nagrody zdobył się jedynie na jedno słowo do mikrofonu „dziękuję”, gdyby nie był „<strong style="">Ostrożnym Twardzielem</strong>” po całosezonowym pływaniu z kompletnie „zielonymi żeglarzami” – byłby tu między nami i odbierał by tą nagrodę? <br /></p>
<p class="MsoNormal">I tak już zupełnie na marginesie: daruję Ci to „ o k.. itd.”. Świadczy to o Twoim młodym wieku i o zmianach jakie zachodzą nie tylko w żeglarstwie – także w języku.</p>
<p class="MsoNormal">No a odnośnie Twojej drugiej wypowiedzi – to zupełnie nie widzę w moich refleksjach stwierdzenia, że „używanie drabiny jest czymś niestosownym” . Wyraźnie to powiedziałem, że w naszych czasach było to nie do pomyślenia. A to chyba troszeczkę co innego znaczy.</p>
<p class="MsoNormal"><o:p> </o:p></p>
<p class="MsoNormal"><strong style="">Zbigniewowi Klimczakowi</strong>. Masz Zbyszku absolutną rację. Ja też ogromnie żałuję, że to moje nostalgiczne wspomnienie o Jasiu Rzucku mogło zostać powiązane jedynie z tą „nieszczęsną drabiną”. Ale jednocześnie ślicznie to ująłeś w swoim „PS”. Tak właśnie chciałbym aby to było zrozumiane. Dziękuję Ci. A z tymi „wspomnieniami na starość” to znowuż tak za bardzo nie przesadzaj. Ja mam dopiero 74 lata.</p>
<p class="MsoNormal">A więcej wspomnień o Jasiu, jak przyschnie mi ta łza w oku, może jeszcze kiedyś napiszę.<br /> </p>
<p>Cytat łacińsko-łaciński pochodzi od jednego znanego żeglarza - z grona twardzieli. I odnosi się właśnie do zmiany obyczajowości.</p>
<p>W licytacjach, kto naczym i gdzie pływa nie uczestniczę. Dla mnie żeglarstwo formą spędzania wolnego czasu. Formą mająca przynieść zadowolenie i odpoczynek. I z takiego punktu widzenia komentuję felietony.</p>
<p>Andrzej Hasip Mazurek</p>
<p> </p>
<p>Babcia mówiła ...przyczepił się jak rzep psiego ogona, przepraszam ... drabiny! Proponuję temat pracy doktorskiej " Wyższość drabiny nad ławeczką bosmańską z perspektywy topu masztu".</p>
<p>Ja stawiam w każdej sytuacji na drabinę. Zadowolony. Jeśli tak to przypominam, z czym nawet Hasip się zgodził, że kpt. Pieniążek o czym innym pisał. </p>
<p>Zbigniew Klimczak</p>
<p>ps: taktowność powiedzonka o eunuchu zwalila mnie z nóg a potem długo i do teraz, nie mogę dojść kto- eunuch a kto krytyk ?</p>
<p>Ring wolny, hulaj dusza. Nie jedną już dyskusję tu spaprano. Ja wysiadam, proszę o drabinę.</p>
<p>A drabina na jachcie to wcale nie nowoczesność. To dyszel i lejce doczepione do Audi Quatro, panowie żeglarze.</p>
<p>Stanisław Leszek Pieniążek</p>