Pojawił się nowy papierowy kwartalnik pod nieco zmyłkowym tytułem, co wyszukiwarka internetowa natychmiast Wam wykaże. Do tego tytułu musicie się przyzwyczaić. Niedawno w SSI opublikowana została skrótowa prezentacja premierowego numeru. Zajrzyjcie tu: Jerzy Kuliński (navsim.pl)
Mieczysław Krause numer ten przeżuwał przez tydzień i oto poniżej macie już „kilka refleksji” z tej lektury. Lato rozpoczęte, czyli sezon ogórkowy (na korespondencje) niestety odczuwamy. Nie tracę nadziei, że raporty z rejsów niebawem znowu zaczną spływać wartkim strumieniem.
Pamiętajcie o kamizelkach!
Zyjcie wiecznie!
Don Jorge
================================
Jako że gdy wychyliłem się na SSI z zapytaniem o dostępność nowego, żeglarskiego
kwartalnika LOGBOOK (papierowego!), niebawem otrzymałem pocztą jego
egzemplarz od Pana Kapitana Andrzeja Jamiołkowskiego, za co bardzo dziękuję.
Zaskoczony być nie mogłem – stał za tym na bank Szanowny Don Jorge,
zobowiązując mnie w ten sposób do wypowiedzi na SSI o inauguracyjnym numerze
czasopisma.
Tak więc piszę – nie abym się prężył na recenzję; pozwalam sobie tylko na kilka
refleksji z wciągającej, wartościowej lektury, prawdziwie służącej żeglarzom w
żeglowaniu i turystyce. Bez reklamowego oszołomstwa kosmicznymi maszynami i
imprezami, gdzie żeglowanie jest zredukowane do roli narzędzia robienia kasy –
kolorowego nic.
Gratuluję Redaktorom i Wydawcom LOGBOOKA świetnych, znających się na rzeczy
autorów publikacji. Zarówno opisów odwiedzanych miejsc i sugestii dokąd się
wybrać, jak i żeglarskiej wiedzy merytorycznej, w przekonującej a dostępnej formie.
Co do poruszonych wątków turystycznych wspomnę, że nieco jeszcze pozostało mi
do odwiedzenia. Z kolei wiedza merytoryczna cenna jest nie tylko poznawczo, ale i
odzwierciedla doświadczenie – osobisty stosunek autorów do prezentowanych treści.
Skorzystałem z tego i ja, żeglarz czynny, choć pochodzący z czasów minionych,
kiedy to panowały inne kanony sprzętowe, nawigacyjne i – najważniejsze – praktyki
morskiej. Lecz w moim, subiektywnym odczuciu (wiem że niektórym się narażę) było
to żeglarstwo bliższe naturze. Skąd o tym, oprócz własnych obserwacji wiem? Ano –
przewrotnie – LOGBOOK przybliżył mi ducha współczesnego żeglarstwa morskiego.
Czującego żywioł poprzez tłumiącą elektroniczną otulinę, oraz wygodę jako
kryterium, czy pływać albo wypływać. Instynktownie unikając trudniejszych, przez to
prawdziwszych i bogatszych przygodowo morskich warunków, choć napotkać je
można zawsze. Preferując – jak w biznesie – funkcjonowanie, a nawet decydowanie
zespołowe, z zamiataną pod dywan rolą i autorytetem „pierwszego po bogu”.
Owszem, załoga może wspólnie decydować DOKĄD płynąć, ale JAK pozostaje w
wyłącznej gestii kapitana – wybór drogi, strategii, wchodzenia i wychodzenia z portów
w określonych warunkach, wzywania pomocy. Gromadne decydowanie przez gości
niekompetentnych i nie ponoszących odpowiedzialności, a przy tym zestrachanych
i/lub zmęczonych bujaniem, to populizm, na morzu przepis na katastrofę.
Potwierdzają to wypadki w rodzaju paniki i śmiesznego, o ile nie tragicznego SOS, a
potem rejterady ze sprawnego jachtu przy 8 st. B na pokład przepływającego statku.
Ale jakie było tamto, minione żeglarstwo od znanych mi lat 60-tych XX w.?
Uprawiane na sfatygowanych, często jeszcze przedwojennych, uparcie
remontowanych jednostkach? Zacytuję „blurb” – tekst z ostatniej strony okładki
mojego albumu pt. „Żeglarze Zalewu Wiślanego”:
Gdzie są chłopcy z tamtych lat?…
A gdzie tamte jachty? Tamci chłopcy tamte jachty kochali. Czuli, że one miały duszę.
Zaklętą w urzekających żeglarza liniach i szlachetnym budulcu – dębie, mahoniu,
teaku oraz w przygodzie, którą wspólnie przeżyli. Pachniały przedziwną,
niepowtarzalną wonią drewna, farb, stęchłej wilgoci, soli – i zęzówki. Były to jachty
szybkie, na których żeglowało się efektownie i mokro, zwłaszcza gdy rósł wiatr, fala i
przechył. Lecz wtedy w żeglarstwie przygoda liczyła się jeszcze przed wygodą.
”Tamci chłopcy”, choć zazdrościli luksusu tym z pojawiających się już łódek
laminatowych, to mieli do nich stosunek drwiący, bo czy „mydelniczka” może mieć
duszę? Ale nie tylko o duszę chodziło, że na morzu żyliśmy pełnią, do żywego, na
jachtach o niewyobrażalnych dziś warunkach. Gdy np. na dużym biegu regat
Warnemunde (gdzieś ok. roku 1969), który w II grupie RORC wygraliśmy na
drewnianym, przedwojennym Rasmussenie – s/y „Szkwał” z gdańskiego AKM-u, w
ciągu sztormowej, 6-godzinnej wachty wyciągaliśmy z zęzy 180 wiader wody. Inaczej
się przeżywało tak okupione zwycięstwo, w poczuciu, że daliśmy radę morzu i
konkurentom.
Prognozy meteo, owszem, braliśmy pod uwagę, lecz kryteria ich stosowania były
inne. Wyjście w morze przy „siódemce” bez tendencji wzrostowej było normalką,
choć ze świadomością, że pomimo korzystnej prognozy to się może zmienić i
napotkamy 10-tkę. Ważna dla nas była gotowość sprzętowa i psychiczna na
przyjęcie i przetrwanie każdych warunków – na psikusy morza spokój i płynne ruchy.
Taka perspektywa meteorologiczna mi pozostała. Gdy kilka lat temu, żeglując z
Małżonką na naszym s/y „Bonifacio” czekaliśmy w Hammerhafn na Bornholmie na
okienko pogodowe w sztormie by wrócić do kraju, gdy się pojawiło wyszliśmy bez
zwłoki, choć prognoza była, że będzie wiać albo więcej albo mniej. Po 36 godzinach
za sterem, w większości przy 10 st. B z SW a potem W, ze złamanym żebrem kiedy
grzywacz rzucił mnie na rumpel, weszliśmy emeryci na Hel, ku zdumieniu
zbiegowiska żeglarzy: „wy ze sztormu?!”.
Czy sugeruję, że tamto żeglarstwo było lepsze bo miało gorszy sprzęt, a
współczesne jest gorsze bo ma sprzęt lepszy? Otóż nie o sprzęt chodzi, a gotowość i
wolę zmierzenia się z warunkami, niezależnie od sprzętu. Oraz dającą pewność
naukę technik i strategii sztormowania, które pozwalają ze spokojem i bez awarii
przetrwać najtrudniejsze, posuwając się efektywnie do obranego celu, bez rejterady.
Jest jeszcze jedna okoliczność, warta podkreślenia – myślenie i z żelazną
konsekwencją trzymanie się zasad. Parę lat temu polski jacht, wchodząc w sztormie
do Kłajpedy, „skrócił” sobie podejście, wchodząc nie torem wodnym, a celując w
główkę wejściową z boku, od południa, ze skutkiem katastrofalnym. Plażowy przybój
zatopił jednostkę i dwóch członków załogi, w tym kapitana.
O żelaznych zasadach na morzu i o czym trzeba myśleć, chętnie bym poczytał w
kolejnych numerach LOGBOOKA. A jeśli, Szanowni Redaktorzy, zdecydujecie o
wydrukowaniu tych moich wynurzeń jako dyskusyjny kij w mrowisko – proszę bardzo.
Mieczysław.