Z smutkiem donoszę, że dnia 20 lipca 2026 zmarł przyjaciel SSI – j.kpt.ż.w. Jarosław Marszałł, urodzony w Warszawie 86 lat temu. Naturalizowany Kaszub, zapalony żeglarz, instruktor, miłośnik i kapitan harcerskich jachtów „Alf”, „Zjawa”, „Odkrywca” i innych. Niestrudzony opiekun stalowej „Jotki-80”, szkoleniowiec, bardzo przyjazny człowiek. W SSI, razem z Alfem”znajdziecie Jarka tu: Jerzy Kuliński (navsim.pl)
W młodości dopadła Go choroba Heinego-Medina, która pozostawiła dolegliwą uciążliwą niesprawność ruchową. Przez całe dorosłe życie dzielnie walczył z jej objawami. Z zawodu inżynier.
Msza Święta żałobna zostanie odprawiona jutro, czyli w czwartek 23 lipca 2026 roku o godzinie 1600 w kościele Wniebowzięcia NMP przy ul. Gdańskiej 3 w Redzie. Modlitwa różańcowa rozpocznie się o 1530. Po Mszy Świętej rodzina zaprasza wszystkich na spotkanie wspominkowe do Domu Harcerza przy ul. Włókienniczej 14A w Rumi. Uroczystości pogrzebowe odbędą się w Warszawie.
Smutno nam
Don Jorge
harcerzy, ale nie tylko. Ja też znałem Jarka; jako KWŻeta z Jastarni,
jako kapitana wielu dalszych i bliższych żeglarskich pływań, jako kolegę
mieszkającego w nieodległej od Pucka Rumii. Znałem, bo Jarek Marszałł
zmarł kilka dni temu.
Czas ma to do siebie, że upływa i nie zostawia nam wyboru. Z naszej
perspektywy zawsze się, prędzej czy później, kończy pozostawiając ze
sobą smutek i żałość i wspomnienie. Do kiedy jest wspomnienie, póty
życia, nawet po śmierci.
Jarek był żeglarzem, powiedziałbym, instytucjonalnym. Raz, że sam był
człowiekiem żeglarską instytucją, dwa, że kiedy przed dziesiątkami lat
zaczynał swoje żeglowanie, innego, niż instytucjonalne, żeglarstwa, w
Polsce, nie było. Przytulił się do Harcerstwa i był to o tyle dobry
wybór, że wychowanków, ludzi, którym pokazał piękno morza, spod żagli,
czyli z najlepszego miejsca, z którego można to piękno oglądać, jest
całe mnóstwo. Ludzi, którym pozostał w sercu i wdzięcznej pamięci.
Jarek zadzwonił do mnie do domu, któregoś lipcowego wieczora, dawno
temu, w dwudziestym jeszcze wieku, strach się przyznać ile to już lat
upłynęło, z propozycją bym, zamiast niego poprowadził dwutygodniowy rejs
na harcerskiej Vedze, z harcerską załogą, trasą do mojego wyboru. Był to
mój pierwszy rejs kapitański, pływanie, które pamięta się najlepiej ze
wszystkich innych, dlatego, że było pierwsze obarczone taką, było nie
było, dorosłą odpowiedzialnością. Za sprzęt i załogę ;) . Przepiękne dwa
tygodnie, począwszy od Visby, przez Dalaro, do Sztokholmu, Sandhamn do
Gdyni poprzez letni, burzowy i burzowo burzliwy Bałtyk. Nieprawdopodobne
widoki na podniebne cyrki śnieżnobiałych u góry i czarnych deszczem u
dołu cumulonimbusów podczas gdy spłachetek wody, na którym akurat
staliśmy łódką wyprasowany gladą gdy kilkaset metrów dalej szedł
deszczowy, wietrzny szkwał gnający przed sobą wzburzoną i spienioną
właśnie wodę. Cztery doby przejścia przez takie morze, od chmury do
chmury, pod wiatr i pośród błyskawic.
Takie mam wspomnienie o Jarku Marszalle, nie mu tam Pan Bóg litościwy
będzie i weźmie go na szturmana niebieskiej nawy gdzieś tam w
spokojniejszym zakątku niebiesiech...