Nadszedł taki czas, że już radują nas niedostatki … cywilizacji. Jak to miłe jest pustkowie, cisza, zieleń, krystaliczna woda i zaciszne zatoczki – kotwicowiska. Bałtyk dla koneserów. Michała Kozłowskiego znacie jako miłośnika północno-wschodnich rejonów Bałtykui. Co roku tam żegluje. I co raz na coraz mniejszych łódkach J
Jesień coraz bliżej, skracacajcie trasy rejsów.
Kamizelki zawsze!
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
==============================
Don Jorge,
W ubiegłym roku popłynęliśmy na Alandy i nas urzekły. W tym roku chcieliśmy uzupełnić
zwiedzanie. Jacht to Antila 24,4 mieczowo balastowy, nowy zbudowałem i wyposażyłem
specjalnie na rejsy morskie. Popłynęliśmy we dwóch z Jackiem Wichrowskim. Transport
lądowy z Zegrza i wodowanie 30.07 w Górkach Zachodnich. Przepłynęliśmy do Helu, słońce i
upał, słowem wakacje. 31.lipca o godz. 9 ruszamy na Gotlandię, bejdewind drugi ref, później
silnik i po 31 godzinach przepłynęliśmy 150 mil. Zacumowaliśmy w Vandburgu na Gotlandii,
skałki okoliczne zawsze mnie urzekają. Cisza absolutna, kilka kamperów nieopodal. Woda jak
kryształ.
Wypłynęliśmy w stronę Ljugarn. Baksztag 4B i niebieskie niebo, pogoda marzenie.
Dwóch bosmanów odebrało cumy i wytłumaczyli, gdzie co jest. Głębokości 2m to raczej
większymi jachtami trzeba uważać. Gości brak (!), kilka żaglówek miejscowych i motorowe
małe. Sklep/bar rybny i obok kawiarnia, sporo ludzi przyjeżdża autami. Niedaleko plaża z
piaskiem, a to rzadki widok na Gotlandii. Drugi port podobno gościnny jest pusty i bez
niczego, raczej omijać. Sporo małych domków letniskowych w okolicy. Ciekawe malutkie
muzeum z wieloma eksponatami morskimi, otwarte dla wszystkich. W Locji Jerzego
Kulińskiego już przed laty czytałem o tym muzeum i byłem ciekaw czy jest nadal. Szwedzi przychodzą na
główki portu i wskakują do wody jak do wanny, sprawdziłem i woda lodowata.
Michał i Jacek
.
Kolejny dzień z dobrym wiatrem i słońcem i zacumowaliśmy w Slite. Gości w porcie brak, tylko my i Bury
Kocur. Z kilkunastu mil widok cementowni nie zachęca do odwiedzenia, gdyby nie to, że
byłem umówiony z przyjaciółmi to bym ominął ten port. Jest jeszcze druga marina, ale
daleko z niej do miasta. Stało tam dużo jachtów. Obok portu pomnik uciekinierów ze Związku
Radzieckiego w 1943/44. Wykorzystano jedną z oryginalnych łodzi na ten postument.
Nieopodal portu jest oznakowana ścieżka spacerowa, wiedzie wzdłuż brzegu wokół latarni.
Ławeczki i miejsce na ognisko, ładny widok na morze. Rano ruszyliśmy dalej. Znów baksztag i
słoneczko.
Przepłynęliśmy cieśniną Farosund i zacumowaliśmy na wyspie Fårö w Lauternhorn. Opłata
200 koron w automacie, z prysznicami i wifi. Woda tylko do picia i proszą by oszczędzać, krótki
wąż pewnie by zbiorników nie tankować. Sześć jachtów i kilka kamperów. Pompa do odsysania
fekali i obok pomost kąpielowy licznie odwiedzany to specyficzne zestawienie. Niedaleko urocze
ostańce i cisza. Ruszamy bezpośrednio na Alandy, to ponad 120 mil, ma być baksztag i słońce (godz. 07).
Lekko nie było, ale koło południa kolejnego dnia zacumowaliśmy w Kobba Klintar. To urocza wyspa
pilotów niedaleko toru do Mariehamn. Port osłonięty i pomimo wiatru ponad 6B stało się spokojnie.
Opłata 20e, brak prądu i wody, ale warto zapłacić. Zwiedziliśmy muzeum i wieżę obserwacyjną dla pilotów,
Na górze muzeum jest olbrzymia tuba rogu mgłowego. Kawiarnia pusta, bo wieje, dostaliśmy
kawę w prezencie i Jacek wynegocjował czapkę za 5e. Po wyspaniu wiatr nie odpuszczał
jeszcze, ale miał słabnąć. Ruszyliśmy na drugim refie, niestety halsówka wydłużyła drogę.
Zacumowaliśmy wieczorem w znakomicie osłoniętym porcie Karingsund w zatoce na wyspie
Eckero. Trzeba pilnować znaków, bo skały wystają z wody przed samym portem. Pomost
wzdłuż skał + bojki. Wszystko łącznie z prądem, internetem i sauną za 42 e. Stacja
benzynowa blisko, ale benzyna 2,4e/l. Kawiarnia, restauracja i sklepik kilkadziesiąt metrów
od pomostu. Chleb za 4,5e nawet smaczny. Czysto i cicho, słychać tylko ptaki. Sporo
bud/garaży do cumowania jachtów motorowych pod dachem. Słonce i brak wiatru to
ruszamy na silniku pomiędzy wyspami. Stanęliśmy w zatoce Djupviken przy skałach.
Kangsund
.
Stały tylko dwa jachty a miejsca na kilkanaście. Skały pionowe na końcu zatoki bez szans na
wejście. Znaleźliśmy z boku miejsce z plażą, gdzie zacumowaliśmy do brzegu. Obok na skale
było kilka haków do cumowania. Kotwica rufowa znakomicie trzymała, po wyjęciu była
umazana jakąś glinką szarą. Zawiesiliśmy drabinkę dziobową i można było schodzić do
płytkiej wody. Miejsce do kotwiczenia znakomicie osłonięte, bo to długa wąska zatoka z
głębokościami po 10m. Trochę wiało, ale przepłynęliśmy na wyspę Isokari. Najpierw refy a
potem na samym foku płynęliśmy. Na wyspie pomost pływający i pusto. To była baza
pilotów, ale chyba już zlikwidowana. Latarnia, barek, jakaś stacja wojskowa z radarami,
owce, ptaki, skały, bunkry, bateria, przy porcie miejsce na ognisko z drewnem, bez wody i
prądu, wc naturalne… Nawet już planowaliśmy ziemniaki z ogniska, ale wiatr nas zniechęcił.
Port dobrze osłonięty od fal, ale wiało 6B. Planowaliśmy przepłynąć do Raumy, ale trudne
warunki spowodowały zmianę planu na bliższe Uusikaupunki. Z daleka widać fabrykę i trochę
obawiałem się powtórki ze Slite. Faktycznie jest na wysuniętym półwyspie obok miasta. Cały
kanał w mieście to jeden wielki port, pełno miejsc gościnnych. Opłata 24e za dzień razem z
sauną i prądem to nawet tanio. Wiało dla nas zbyt mocno to staliśmy dwa dni. Sauna
znakomita i tylko dla nas, bo gości brak w porcie. Pełno restauracji wzdłuż brzegu. Sklepy i
domki drewniane. Muzea od ósmego sierpnia pozamykane w tygodniu, tylko sobota i
niedziela bo koniec wakacji… Szkoda, bo są tu trzy muzea morskie, jedno nawet kilkadziesiąt
metrów od jachtu.
Wypłynęliśmy choć wiatr jeszcze nie osłabł, ale kierunek korzystny. Na samym foku płynęliśmy
po 5-6w. Porywy wiatru do 14m/s. Zacumowaliśmy na wyspie Jurmo \północnej\ Pomimo silnego
wiatru w porcie była cisza. Nabrzeże promowe i miejsca dla gości z bojkami, głębokości po 5m.
Staliśmy tylko my i prom. Prąd, prysznic, klimatyczne miejsce pod wiatą do posiłków. Sklepo/kawiarnia
zamknięta, już po sezonie i otwierają tylko sob/niedz. Przy sklepie stoją rowery to pewnie można pożyczyć
na zwiedzanie. Na wzniesieniu jest wieża widokowa i warto pójść, bo widoki ładne. Domki drewniane i cisza
zupełna. Są jakieś warsztaty szkutnicze to warto zapamiętać w razie potrzeby. Ogólnie zupełnie pusto,
cicho i czyściutko. Wiatr słaby i przeciwny, ale na silniku przepłynęliśmy na wyspę Jungfruskar.
Bezpłatny pomost gościnny, miejsce na ognisko i wc naturalne. Można też stawać do skał, bo głęboka
zatoka daje dobre osłonięcie od wiatrów. To dawna baza wojskowa, pozostały baterie ukryte w domkach.
To rezerwat i jest wyznaczona ścieżka do zwiedzania. Kilka krów, skały i cisza absolutna. Niestety po
spacerze przez kilka dni znajdowaliśmy kolejne kleszcze na sobie. W porcie nawet unikałem włączać wodę,
bo pompa hałasuje… taka była cisza. Stało 5 jachtów na noc i zajęły cały pomost. Rano nadal wiatry
słabe i niekorzystne, ale ruszyliśmy na południe. Trochę zmieniliśmy plany i skróciliśmy trasę.
Popłynęliśmy bezpośrednio na wyspę Jurmo \drugą\. Port dobrze osłonięty od fal, prysznic
prąd sklepo/barek, toalety ekologiczne, brak wody, razem 25e, sauna dodatkowo płatna. W
porcie alarm głębokości się włączył, ale to rośliny straszyły. Można wypożyczyć rowery i
warto. Miejsce do zmywania naczyń na pobliskiej górce i woda z ręcznej pompy, Finowie
faktycznie tam chodzili. Cypel z rezerwatem ptaków jest usłany drobnymi kamieniami i rower
się słabo spisze. Na cyplu osłaniającym port jest miejsce dla namiotów. Idealne miejsce dla
szukających ciszy, ale warto zabrać jakiś gruby materac, bo to skały. Było sześć jachtów, ale
miejsc jest więcej. Dopływa prom. Część wyspy to rezerwat ptaków od kwietnia do końca
lipca, a to znakomite miejsce na długi spacer. W pobliskiej miejscowości jest ciekawy kościół.
Niby zamknięty, ale klucz w drzwiach zachęcał do zwiedzenia. W środku żaglowiec
podwieszony pod sufitem. Siedząc w ławkach takiego widoku próżno szukać w polskich
kościołach, to widok bliskiego morza. Przepłynęliśmy do Källskär. W ubiegłym roku
staliśmy tu i byłem zachwycony tym bezludnym miejscem. W zimę odkryłem prawdę,
że zwiedziliśmy raptem ułamek atrakcji tej wyspy. Dziś nadrobiliśmy zaległości. To
perełka numer jeden całych Alandów. Bezludne skały a wśród nich tętniący życiem
ogród pełen roślin zupełnie z innych stron. Kasztany, dęby, rododendrony, truskawki,
porzeczki, maliny, róże, winorośle, tuje i trawnik tak gęsty jak sztuczny. Słabo znam
rośliny, ale było dużo więcej gatunków. Wśród alejek ogrodu rzeźby, których nie
powstydziły by się najlepsze muzea. Brązowy trzy metrowy pomnik Hermesa na
szczycie wzgórza to już majstersztyk. To wszystko stworzył baron Göran Åkerhielm. W
przeszklonym budynku widać obraz Tove Jansson \twórca Muminków\, oryginał trafił
do muzeum Alandów a tu jest kopia. Na skale na wzgórzu stoi altanka, gdzie robiono
przyjęcia dla gości. Widok z tego miejsca faktycznie znakomity.
Wyspa Jungfusta
.
Stora Karlso
.
Po takim miejscu to może być tylko mniej ciekawie to powoli wracamy. Przenocowaliśmy przy
pomoście Källskär a rano przepłynęliśmy na wyspę Kokar do portu Sandvik. Byliśmy tu w ubiegłym
roku, ale szukaliśmy miejsca by się schować przed silnym wiatrem. Opłata 35e za postój, prąd,
prysznice i wodę. Mini sklepik i barek, raczej drożyzna. Wybiera się w sklepie i idzie do barku
zapłacić. Port usytuowany na jednej skośnej skale, wygląda jak olbrzymi slip, nawet stoi na
nim rozpadający się drewniany kuter. Spacer do ciekawego kościoła z żaglowcami pod
sufitem. Pewnie warto pożyczyć rowery i pozwiedzać, bo wyspa duża. Rano ruszyliśmy na
południe, bo miał być korzystny wiatr. Nawet był, ale gdy się oddaliliśmy trochę od lądu
wzrósł zbyt mocno i pojawiły się olbrzymie fale. Takie warunki miałem po raz pierwszy. Na
samym foku płynęliśmy baksztagiem i sterowałem tylko tak by nie ustawiło mnie do fali
bokiem. Łatwo nie było a fale się łamały za rufą dodatkowo. Strach było głowę odwracać i
patrzyłem tylko na wiatromierz by trzymać kurs. Fale do trzech metrów już chyba są w stanie
nas przewrócić. Niestety zdjęć nie robiłem, teraz żałuję, bo trudno uwierzyć co przeszliśmy.
Prędkości były rekordowe a płynęliśmy na samym foku. Po kilku godzinach wiatr osłabł i
mogliśmy odetchnąć, niestety trochę w stronę Estonii nas wywiało. W nocy wiatr zmienił
kierunek i osłabł i zaczęliśmy wspomagać się silnikiem. Koło pierwszej w nocy niestety
sytuacja się skomplikowała, przyszły dwie olbrzymie burze z piorunami. Wiatr nawet nie był
straszny, ale błyski na czarnym niebie nas dobiły. Łatwo nie było, ale rano zakotwiczyliśmy w
osłonie wyspy Piaskowej. Dwie burze na nas się czaiły, ale jakoś się udało. Po drobnym
odpoczynku popłynęliśmy do Lauterhorn.
W sumie przepłynęliśmy 145 mil w trzydzieści godzin, ale nikomu nie życzę takiej żeglugi. Łódka
wytrzymała, ale granica bezpieczeństwa została przekroczona. Gdy nie udało mi się utrzymać
kursu i fala ustawiła jacht burtą do fali pytanie Jacka: czy jacht się nie przewróci brzmiało groźnie.
W Lauterhorn stały trzy jachty, więc typowo cisza absolutna i słońce. Wreszcie dwudaniowy obiad
i można odpocząć.
Rano znowu słońce i wiatr delikatny, po śniadaniu wypoczęci ruszyliśmy bejdewindem w stronę
Visby. Początek znakomity, potem oba refy i deszcz na koniec. Wieczorem zacumowaliśmy w
Visby. Stało raptem kilka jachtów. Byłem tu kilka razy, ale potrzebowaliśmy zakupy i
benzynę. Po obiadokolacji spacer w drobnym deszczu po uroczych uliczkach. W ubiegłym
roku niewiele zabrakło by zacumować do wyspy Stora Karslo. Przepłynęliśmy blisko,
niestety wiatr wiał mocno i odpuściliśmy nawet widząc pusty pomost. W tym roku udało się
uzyskać zgodę na zacumowanie w rezerwacie na wyspie Stora Karslo. To wyspa
niedaleko Gotlandii. Trochę mieliśmy szczęścia, bo kolejnego dnia już wyspa miała być
zamknięta dla gości. Pomost krótki i można stawać tylko po zachodniej stronie,
wschodnia jest zarezerwowana dla stateczku dowożącego turystów. Miejsce na dwa
jachty, głębokości ponad dwa metry i dno widać. Sporo skał widać w wodzie przy
podejściu, ale jest nabieżnik. Skały są czarne od mrowia siedzących kormoranów. W
nocy dobiegały z tych skał pomruki fok. Rozkołys całą noc bujał łódką, więc jak ktoś
jest wrażliwy to tu nie pośpi. 150 koron postój i 100 za zejście na ląd dwóch osób.
Kawiarnia/restauracja/muzeum/ sklep z pamiątkami/ Zakaz zabierania czegokolwiek z
wyspy i kamienie sprzedają w sklepie po 10/20 koron… Stateczek przywozi grupy
turystów, to raj dla ornitologów. Część wyspy to ścisły rezerwat stale a część można
zwiedzać od 15.08 \po okresie lęgowym\ Wokół wyspy jest też strefa zamknięta dla
żeglugi około 1km. Stadka owiec i pustka. Klify robią wrażenie. Koło południa ruszyliśmy
bejdewindem w stronę Kalmaru. Od ciszy i słońca po deszcz, refowanie i nawet całkiem bez
grota, słowem dzień jak co dzień. Weszliśmy po ciemku do portu Borgholm. Był to długi etap,
ale czas nagli a mamy jeszcze daleko do Polski. Szybkie zakupy i rano ruszamy dalej. Wiatr
dość korzystny i kilka godzin płyniemy na genakerze. Miło tak przejść na żaglach pod mostem
w Kalmarze. Aby nudno nie było wiatr wzrósł do 5/6B to drugi ref grota i kurs na
Groenhogen. Wejście do portu niestety ze sporą falą i wiatrem 6B od rufy. W porcie podczas
skręcania silnikiem silnik spadł z pantografu do wody… Jacht dryfował na rafę kamienną w
porcie. Zastosowałem po raz pierwszy w życiu manewr ostatniej szansy i rzuciłem kotwicę.
Kotwica złapała i dała chwilę. Silnik wisiał na lince bezpieczeństwa, błyskawicznie go
założyłem i zapalił za pierwszym razem. Udało się odejść bez strat. Już bez niespodzianek
zacumowaliśmy. System opłat oczywiście internetowy i bez karty płatniczej się nie da.
Bosmana nie było. Po zapłaceniu 230 koron przyszły kody do prysznica pralni i wifi. Fale
trochę chlapały przez główki, ale staliśmy bezpiecznie sami w porcie. Sklep i kawiarnia
niedaleko, ale już zamknięte \do19 ICA\. W prognozach niestety sztorm na Bałtyku, choć
dość daleko od nas to straszy fioletem. Kolega Tadeusz zadzwonił z dogłębną analizą pogody,
szczególnie przydatną przy tak niepewnych warunkach. Miło mieć takich kumpli. Rano
niebieskie niebo i wiatr w porcie 4B, to ruszamy, bo ma słabnąć. Pewnie osłabnie, ale do
wieczora płyniemy półwiatrem na drugim refie i prędkości 6-7w. Trochę strach tak cisnąć to
zdjęliśmy grota całkiem, przecież to 5B i fala duża. Wyglądało jakby łódka sama czuła już dom
i wspierała nas całą mocą. Po dwudziestu dwóch godzinach zacumowaliśmy we
Władysławowie. To spora odmiana od poprzednich portów, gwar i pełno jachtów. Kolejny
etap to Hel i tu tradycyjnie nadrabiamy zaległości w rybkach smażonych. Gwar i pełno ludzi
to trudno się przestawić z odludzia dotychczasowego. Krótki etap do Górek i wyjmujemy
jacht z wody na wózek, wieczorem już pływał w Jadwisinie. Antila 24,4 to typowy jacht na
Mazury, ale spisywał się znakomicie w trudnych warunkach.
Rejs trwał od 30 lipca do 27 sierpnia. Przepłynęliśmy 1100 mil i odwiedziliśmy piętnaście wysp,
niektóre dwukrotnie. Dwa etapy miały po 150 mil a dwa kolejne po 130 mil bez osłony lądu. To dużo
jak na taki jachcik. Jacht spisał się znakomicie, ale zbudowałem go specjalnie na morze. Banderki
Szwecji, Alandów i Finlandii zawisły pod salingiem.
Pozdrawiam
Michał