Marek i Asia Zwierz żeglując już po Pacyfiku dotarli do archipelagu Galapagos wysp położonych około tysiąc kilometrów na zachód od wybrzeża Ekwadoru, państwa do którego są przypisane. To 19 wysp leżących w strefie równikowej. Archipelag słynny jest nie tylko z powodu takich jakby wynaturzonych żółwi, ale też jako polityczne refugio dla tych, którym z różnych powodów (i to od lat) ziemia pali się pod stopami. W raporcie też nieco o osobliwych dokumentach, wymogach, opłatach i rygorach.
Czekamy na raport z kolejnego etapu niesamowitego rejsu emerytów z Polski.
Serdeczności.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
=======================================
Drogi Jurku,
tym razem bez licznych zdjęć, ale za to chyba fajny tekst. Przynajmniej Asia tak uważa. Wszyscy o tych wyspach piszą od strony przyrodniczej, a ja inaczej. Gdybyśmy, jak Ty, znali hiszpański z pewnością mielibyśmy więcej materiałów.
Ściskamy cię serdecznie,
A&M
--------------------------------
GALAPAGOS CZYLI WYSPA ŻÓŁWI
Zachwyciliśmy się archipelagiem San Blas, przeprawiliśmy się przez Kanał Panamski i postanowiliśmy odwiedzić kolejny legendarny archipelag, Galàpagos. Sprawa nie jest prosta z dwóch powodów. Po pierwsze samo dopłynięcie tam. W zasadzie proste, ale żegluga pasatowa to nie jest. Zaczynamy od ITCZ, czyli strefy konwergencji tropikalnej. Mamy więc cisze, cisze, silne szkwały, cisze, burze z piorunami, cisze... W latach 20-tych zeszłego wieku Alain Gerbault, jeden z prekursorów cruisingu, mający spory wpływ na rozwój szczególnie francuskiego żeglarstwa, potrzebował na ten 900 milowy odcinek dwóch miesięcy. Ktoś inny stwierdził, że dobowy przelot rzędu 20 mil jest na porządku dziennym. W locjach z epoki kliprów na temat przekraczania ITCZ było krótko; należy za wszelką cenę płynąć na południe. W związku z tym popłynęliśmy z Panamy wprost na południe do strefy stałych wiatrów. Z tym, że te stałe wiatry to raczej z kierunku SSW, a my na Galápagos na WSW, czyli druga połowa trasy ostro na wiatr. 900 mil zajęło nam 9 dni, co nie jest ani rekordem, ani porażką.
Drugim problemem w dotarciu na Galápagos są tamtejsze przepisy. Już nie wspominam, że za sam wjazd.pobiera się od każdego członka załogi 200 USD. Trzeba mieć świadectwo fumigacji z ostatniego portu, świadectwo profesjonalnego czyszczenia podwodnej części kadłuba, przygotowaną i odpowiednio opisaną segregację śmieci, biodegradowalne środki czystościowe i toaletowe, czyli odpowiednie płyn do mycia naczyń i mydło. Trzeba być także przygotowanym na wyciek oleju lub diesla. Poza tym sprawdzają koła ratunkowe, kamizelki, tratwę, a obowiązkowy AIS musi być nieprzerwanie włączony przez cały czas pobytu na wyspach. Do ogarnięcia tych wszystkich wymagań konieczny jest agent, nota bene obowiązkowy. Całe szczęście, bo poza hiszpańskim innymi językami tamtejsi urzędnicy się nie posługują. Na dzień dobry na jacht wchodzi ekipa ośmiu osób, która przez niemal godzinę zajęta jest wypełnianiem formularzy, pomimo tego, że większość dokumentów trzeba agentowi dostarczyć dwa miesiące wcześniej drogą emailową.
.
Za to po skończeniu formalności oczekują nas Galápagos Enchanta - Wyspy Zaczarowane. Nie ma w tym przesady. XVII wieczni piraci tak je właśnie nazywali, poniważ silne w tych okolicach prądy często przez wiele dni nie pozwalały dobić ich żaglowcom do brzegu. Jakby ktoś te wyspy zaczarował. To, że właśnie tutaj można prześledzić historię ewolucji widać nawet w nazwie archipelagu. Żyje tu rodzaj żółwi olbrzymich, które wyspecjalizowały się w zjadaniu owoców opuncji rosnących na wysokich, drzewiastych odmianach tej rośliny. W tym celu wykształciły im s,ię długie nogi i szyje, a pancerz im się wywinął ku górze w przedniej części przypominając nieco.. hiszpański rodzaj siodła przystosowany do galopu - galapago.
Równie fascynująca co historia powstawania gatunków jest historia zasiedlania wysp. Niby pierwsi byli piraci. Wśród nich podobno nawet sam Francis Drake, ale oni nie zasiedlali wysp. Wykorzystywali je jako kryjówki i bazy wypadowe. Ekwadorczycy z różnym skutkiem podejmowali próby osiedlenia w XIX wieku. Pojawiających się sezonowo wielorybników też nie można zaliczyć do osadników. W 1937 roku na Santa Cruz dotarła czwórka braci Angermeyer, Niemców uciekających przed powołaniem do wojska. Zajęli się rybołołówstwem i budową łodzi. Wybudowali dom i chcieli sprowadzić pozostałą w Hamburgu rodzinę. Niestety wojna pokrzyżowała ich plany. Rodzina zginęła podczas nalotów, a bracia załamani tą tragedią porzucili dom i przenieśli się na wybrzeże, do Puerto Ayora. Coraz lepiej poznawali archipelag. W latach 60-tych przestawili się na pokazywanie piękna wysp innym. Zostali pierwszymi kwalifikowanymi przewodnikami po Galápagos. Opisywał spotkanie z nimi Leonid Teliga w swojej książce. Także Ludomir Mączka miał w swoim archiwum zdjęcie z Karlem Angermayerem. Prominentnymi klientami braci byli Thor Heyerdahl, Jacques Cousteau czy królowa Elżbieta II i książę Filip. Mieszkańcy docenili ich wkład w rozwój wyspy. Jest ulica Karla Angermayera, pirs Gusa Angermayera, Playa des Allemanes (Plaża Niemiecka) i Angermayer Waterfront z ekskluzywnymi restauracjami. Dzisiaj około 20 osób nosi nazwisko Angermayer i zajmują się głównie obsługą ruchu turystycznego.
Na sąsiedniej wyspie, Floreanie, historia europejskiego, tu też niemieckiego, osadnictwa zaczyna się nieco wcześniej i jest dużo barwniejsza. W 1929 roku na wyspę przybywa lekarz z Berlina, dr Ritter, wraz swoją towarzyszką, Dore Strauch. Są jedynymi osadnikami. Budują dom, zakładają niewielką plantację na własne potrzeby. Trzy lata później do osadników dołącza rodzina Wittmerów z Kolonii. Margret jest w ciąży. Na początek zamieszkali w jaskini pozostawionej przez piratów. Powoli budowali podstawy egzystencji. Najpierw dom, jednocześnie plantacja. Mięso zapewniało polowanie. Po wyspie chodziły zdziczałe krowy i świnie. Pół roku po Wittmerach pojawiła się Baronessa ze swoją trzyosobową świtą. Postanowiła zbudować ekskluzywny hotel dla milionerów. Co do jej arystokratycznego rodowodu, to chodziły plotki, że poprzednio była tancerką w Istambule. Kimkolwiek była, wniosła sporo niezdrowych emocji. Po dwóch latach zniknęła wraz z jednym ze swoich towarzyszy. Nikt nie widział żadnego statku, którym mogła by odpłynąć. Nikt nigdy nie znalazł ciał. Drugi towarzysz zabrał się z przygodnym rybakiem na sąsiednią wyspę, ale po jakimś czasie znaleziono jego ciało i rozbitą łódź w zupełnie innej części archipelagu. W tym samym roku zmarł dr Ritter. Zatruł się nieświeżym mięsem. Sęk w tym, że był wegetarianinem. Ależ używanie miała światowa prasa bulwarowa! Specjalna komisja nie potrafiła wyjaśnić okoliczności tych śmierci. Towarzyszka doktora, Dore Strauch, wróciła do Niemiec i opisała swoje przeżycia w książce "Szatan przybył do Edenu". Niedawno na jej podstawie nakręcono film "Eden". Margret Wittmar też napisała książkę "Floreana" opowiadającą o pionierskich czasach na wyspie. Jej pierwszy syn, Rolf, był pierwszym człowiekiem urodzonym na Galápagos. Stworzył sporą firmę turystyczną dysponującą kilkoma statkami wycieczkowymi. Na czarnej plaży, na której Wittmerowie postawili pierwsze kroki na Floreanie, stoi teraz hotel prowadzony przez wnuczki Margret, a jej córka w wieku 90 lat jeszcze opiekuje się farmą. Wszystkie panie poznaliśmy.
.
Tak się zastanawiam nad motywacjami tych ludzi. Angermayerowie mieli ewidentnie poltyczne powody uciekając przed udziałem w zbrodniczej wojnie. Wittmer przed wyjazdem w 1932 roku był doradcą burmistrza Kolonii, więc widział co się święci. Musimy uważać przy naszych wyborach, bo świat się zmniejszył i nie ma już takich odosobnionych miejsc na ucieczkę od rzeczywistości.
A my? Właśnie płyniemy z Galápagos na zachód...
Marek i Asia