Dawid Szewczuk miał "El Bimbo". Podpytywał mnie o szczegóły technologiczne przedłuzenia kadłuba. Odpowiedziałem, że to niezbyt trudne, ale czy warto? Dawid pomyslał i łódkę... sprzedał. Popłynął promem do Szwecji i kupił szwedzką. Tak - po prostu - kupił jak się kupuje na przykład uzywany rower. I co? No i wszystko. Wsiadł z kolegą do łodki i przypłynał do Górek. I to jest własnie to, czego przez tyle lat się dobijaliśmy. A dobilismy się, bo przede wszystkim udało się przewekslować przeszkadzaczy na boczny tor. Mam nadzieję, że to ślepy tor.
Jachty już kupujemy w Szwecji, pod szwedzka banderą już żeglujemy. Czas na zmiany portów macierzystych naszych jachtów. Oczywiscie na szwedzkie.
Kliknijcie Dawidowi
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
==============================
W marcu wybrałem się do Sztokholmu obejrzeć parę łódek. Jednak oglądałem łódki mniejsze 7,1 m i jedną 7,7 m. Wybór padł na ta większą. Kupiłem Maxi 77 z roku 74. Parametry łódki to długość 7,7 m, szerokość 2,5 m., wysokość max. W środku 1,77. Zanurzenie 1,45m, powierzchnia żagli 34 m. Masa 2t, Balast 800 – 900 kg (różne źródła różnie podają) – płetwa z bulbem.
Co otrzymałem?: jacht szt. 1, żagle: grot 1 szt, genua 3 szt. (1,2,3), spinaker + spinakerbom1kpl. (jak nowy). Silnik Johnson 9,9KM (stary ale bardzo dobrze działa), 2 kanistry dodatkowo, log VDO Sumlog – działa. Echosonda Seafarer 501 nie zamontowana (działa, testowałem). Kuchenka gazowa dwupalnikowa, zlew z dwoma kranami. Ogrzewanie (ala webasto) Wallas 1400 (działa – testowałem), drabinkę dziobową, baterię słoneczna, podpory do zimowania, 3 kotwice, ciężką plandekę, gaśnicę, rakiety i flary, podkowę ratunkową, szprycbudę, manetkę do silnika, WC Porta Potti , Akumulator 90 Ah, sporo map i wiele , wiele innych szpejów. Zapłaciłem zaliczkę 10 % a resztę przelałem po tygodniu na konto Szweda.
Następnie rozpocząłem wielkie przygotowania do wyprawy mającej na celu sprowadzenie jachtu drogą wodną do Polski. Przygotowania trwały około 3 miesiące. Nie prowadziłem nigdy wcześniej tak długiego rejsu i chciałem mieć wszystko dobrze dograne. Nic na żywioł. Niczego na przypadek lub „ morze się uda”.
27 maja wypłynęliśmy promem do Nynashamn. 24 o 12 byliśmy na miejscu. Tam odebrała nas znajoma i zawiozła autem pod dworzec kolejowy w centrum Sztokholmu. Nie umiała trafić do przystani i bała się, że nie trafi do domu. Wobec tego odebrał nas swoim autem Szwed. Następnie zawiózł nas do jachtu, powiedział gdzie co jest na przystani i pojechał do domu. Musze dodać, że jacht stał ciągle na lądzie gdyż Szwed jest na „macierzyńskim” i siedzi w domu i pilnuje 8 miesięcznego bobasa. Po nas też przyjechał z nim. Na szczęście miał auto kombi i jakoś upchaliśmy do niego nasze „12 toreb”. Szwed nie mógł więc jachtu zwodować ani do tej operacji go przygotować. Na początku rozształowaliśmy nasze torby po kątach a następnie po kontakcie telefonicznym udalismy się na przystań zaprzyjaźnionego żeglarza po nasze szpeje dostarczone tam wcześniej przez bardzo uczynnego człowieka który nie wiem czy chce abym tu umieszczał jego nazwisko . Szpeje były bezpieczne i super zabezpieczone. Zabraliśmy je przy użyciu wózka przystaniowego i przystąpiliśmy do prac przy jachcie. Wykonaliśmy: porządki, przegląd zawartości jachtu ( butla gazowa była pusta – jakaś taka, że na stacji Shella nie chcieli nam jej napełnić – więc zadzwoniłem do szweda i przypomniałem, że obiecał napełnić - bo my tu jemy na zimno i sucho ), sprzątanie, uszczelnianie okien, wymiana dolnego zawiasu steru ( pomny historii Helen wykonałem nowy – pancerny zawias ze stali 316 w Polsce), poprawki w elektryce, instalacja anteny VHF, 2 szt reflektorów radarowych ( rurka i kanciak – de fakto pokręciło mi się – a tak czułem i nie ustawiłem kanciaka w pozycji łapania deszczu ) wymiana fału spinakera, malowanie podwodzia antyporostem, i setka innych spraw.
30 maja odbyło się wodowanie. Gigantyczna sztaplarka podniosła jacht na pasach i zawiozła na slip. Jacht stanął na balaście oparty burtą o boczne podpory na wózku slipowym. Wodowanie b. Szybko i sprawnie. Część opisanych powyżej prac miała już miejsce na wodzie. Zaraz po wodowaniu – stawianie masztu. I tu zonk – pracami kierował Szwed – mówił: to b. łatwe, więc on kierował operacją. Tak pokierował, że zgiał się jeden ściągacz wantowy . Na szczęście miałem zapasowy. Przezornie kupiłem dzień wcześniej w sklepie ok. 1 km dalej.
W międzyczasie sympatyczny i super uczynny Guru polskiego żeglarstwa w Szwecji zaprosił nas na wycieczkę po ciekawych miejscach w Sztokholmie. Miałem już troszkę dość tego dnia bo złapało mnie przeziębienie więc chciałem zostać na jachcie ale Guru :-) przekonał mnie , że warto pojechać. I rzeczywiście było warto. Tego co zoabaczyłem nikt mi nie zabierze. Sztokholm w odróżnieniu od Gdańska lub innych miast jest naprawdę frontem do wody. A te łódki. Zwłaszcza stare, drewniane, lecz nie tylko stare... to trzeba zobaczyć. Niesamowite. Następnego dnia jeszcze korzystając z życzliwości powyższej osoby zakupiliśmy mapę Gotlandii – bo tej mi na rejs brakowało. Po postawieniu masztu staliśmy tak na przystani do 2 czerwca (pon) kiedy to na moim koncie pojawiła się pensja i mogłem pójść do sklepu i kupić wymarzoną UKF-kę . Szybki montaż i wypływamy około 14 tej !
Płyniemy pod szwedzką banderą i starą nazwą. Na początku dziarsko na samym silniczku bo co chwila zmiana kierunku, gęsta zabudowa wokół wody i wiatr jakoś tak w mordę. Jednak po paru zakrętach widzę, że postawienie żagli może mieć sens. Stawiamy grota i gienie 1 i jedziemy 4 - 5 supełków do przodu. Mosty wysokie, spory zapas. Jeszcze parę razy posiłkujemy się silnikiem bo wiatr w wąskich gardełkach zdycha i około godz. 20 dopływamy do Śluzy Sodertalje. Cumujemy przy nabrzeżu przed śluzą i idziemy zapytać obsługi o możliwość śluzowania ( nie mam licencji VHF więc przez radio nie pytam). Panowie informują, że zaraz przyjdzie Big Ship i po nim my. Czekamy 15 minut i śluzujemy się. Machamy gestem podzięki obsłudze i wpływamy do przystani jachtowej Sodertalje zaraz za śluzą. Jest około 21. Zero obsługi. Kibelki otwarte, prysznic zamknięty a prąd na kluczyk. Jak tu się naładować. Wypinamy wtyczkę zasilającą motorówkę, wpinamy nasz rozgałęźnik i za chwilę sytuacja wraca do normy z tą tylko różnicą, że i my prąd mamy . Ale jak tu się umyć? No cóż Polak potrafi. W kibelku jest wąż do podlewania a w podłodze kratka. Rolka taśmy PCV umożliwia połączenie węża z bateria umywalki i prysznic gotowy. Po prysznicu pozostaje tylko mozolne wycieranie podłogi bo podłoga jakaś taka bez spadków .
Idziemy na miasto. Wszystko już pozamykane oprócz MC Donaldsa więc tu jemy i wracamy na nocleg. Rano śniadanko i chcemy płynąć. Jednak tu niespodziewajka: Sodra Channel zamknięty do około południa. Musimy stać. Obsługa mariny się nie pojawiła, więc postój i prąd gratis. 12–ta, puszczają jachty. Remontują mosty na kanale i dlatego było zamknięte. Płyniemy. Znowu wiatr korzystny. Po przejściu kanału ( jest tam zakaz pływania na żaglach – bo bardzo wąsko i nie ma tam wiatru) znowu wiatr z baksztagu i piękna na ogół jazda. No cóż, proporcje się powoli odwracają: coraz więcej wody a mniej lądu. W końcu ląd przemienia się w niezliczone wyspy. Jeszcze tylko wpasować się między szybkie promy i wpływamy w zatokę na jednej z nich . Jest tu marina i stacja benzynowa. Tankujemy wszystkie możliwe kanistry do fula bo to ostatni punkt przed przelotem na Gotland. I znowu zonk. Pan na stacji twierdzi, że moja karta jest nie akceptowalna. Dziwne. Płaciłem nią cały czas i było ok. Proszę by spróbował jeszcze raz ale on twierdzi, że jak nie to nie. Na szczęście przewidziałem to i mam gotówkę.
Płyniemy dalej. Lądu coraz mniej. Tu warto zauważyć. Okolice są cudowne a ziemia niesamowita. Wszędzie skały i głazy. Soczysta zieleń. Czysto, cicho i spokojnie. W planie postój na uroczej wyspie Fifang. Trzeba ją tylko znaleźć. Jest. Tymczasem nasila się ruch statków, jeszcze chwila a jest otwarte morze i tych stalowych potworków coraz więcej. Idziemy ostrym bajdewindem przy skórze a statek siedzi nam na plecach. Na szczęście wszędzie głęboko. Widzę, że tor skręca więc wiem, że i on skręci ale przez chwilę nie wygląda to miło. Uf, skręcił i poszedł sobie . Jest SE skraj Fifang-u. Wejście do zatoki wyspy absolutnie dzikie, żadnych główek, bojek, a nawet tyczek. Ot skały po prawej i skały po lewej. Trzeba silnej wiary by tam wpłynąć. No cóż, mapy i przyjaciele nie kłamią. Wiara też jest (nie mylić z łatwowiernością). Stopniowo, za zakrętem wyłania się widok nie z tej ziemi. Przystań w absolutnej dziczy. Są tu pływające pomosty i cumuje akurat parę jachtów i ze 3 motorówki. Wejście w dalszą część zatoki oznakowane bojkami czerwoną i zieloną. Pierwotnie stajemy na kotwicy z rufy dziobem do pomostu a po konsultacji przesuwamy się do wewnątrz zatoczki i stajemy bokiem do pomostu. Jest środek tygodnia i jachtów mało. Jednak na weekend przybywa ich tu sporo i jest gęsto. Miejsce jest niezwykłe. Żadnej słodkiej wody, żadnego prądu. Za to eleganckie pomosty pływające poprzypinane do haków wbitych w skały. Niektóre pomosty nowe. Czystość sterylna. Na wyspie kibelki typu nowoczesne sławojki, tak czyste, że nie obawiałbym się na ich podłodze jeść. W każdej kabince miotełka do zamiatania liści, piasku i igliwia po sobie. Ludzie, uczmy się czystości od Szwedów !!!!!!! Wyspa to rezerwat. Cisza kłuje w uszy. Wyruszamy delikatnie popatrzeć na wyspę. Jest tu dom chyba opiekunów wyspy. Są też krowy. Poza tym cywilizacji brak. Piękno roślinności, ptactwa skał, wody urzeka i zostaje w pamięci na zawsze.
Jemy kolację na specjalnie przygotowanych stołach do jedzenia na brzegu. Sąsiedzi grilują na specjalnie wyznaczonym miejscu. Idziemy spać. Jutro Startujemy na Gotland. Rano śniadanko i ruszamy na Bałtyk. Kierujemy się w stronę Landsort (choć wg mapy można by wcześniej już pójść bardziej na S ale co szlak oznakowany to szlak. Trzymamy się przy krawężniku. Szkiery się kończą i zostaje Bałtyk. Wiatru ciut mało ale w końcu coś przywiewa i można odstawić silnik i żeglujemy. Niestety wiatru wciąż jak na lekarstwo i momentami bimbamy się z szokującymi prędkościami 1,5 – 2,5 supełka. Aż tak się nam nie śpieszy. Czekamy. W końcu dosyć, palimy silnik i idziemy te minimum 4 do 4,7 knota ( to przy gazie na 1/3 do ½ max). Bardzo wczesnym rankiem się rozwiewa i można znowu żeglować. Grot i genua1, wiatr z burty i jedziemy do VISBY. Już je widać. Wchodzimy chyba około 5, może 6 rano. Czyli 60 mil w 20 godzin – no no . Jeszcze mijamy w główkach Kocura (chyba ) ale pomimo naszego machania i SIZ-banderki pod naszym salingiem nie zanotowano żadnej wzajemności. Kocur szybko wykręca na N. Wchodzimy do Visby. Stajemy na bojce z rufy i dziobem do pomostu. Tu centrum miasta i płacimy 150 SEK za postój + 50 SEK za prąd. Toalety na kod podany przy opłacie. Inne otwarte na oścież. Prysznice za 5 SEK. Idziemy na miasto. Miasto jest niezwykłe, bardzo stary gród z 13 wieku. Stare mury obronne, ruiny kościołów itp. Warto tu postać i pooglądać.
Na mieście jakaś impreza. To Students Day. Młodzież kończy jakąś szkołę i po uroczystości klasy wsiadają na swoje indywidualne przyczepy z super głośno grającym sprzętem zasilanym agregatami i ciągnięci przez traktory jadą przez całe miasto. Tumult jest potworny. Młodzież na przyczepach w stoperach do uszu tańczy i śpiewa. Odwiedzamy jeszcze MC Donaldsa, pizzerię. W marinie zacumował „KNEŹ” i koledzy z ojczyzny widząc nas i nasz jacht raczą nas polskim piwem w puszkach. Miło z ich strony. Pytam o Burgsvik i opowiadają co i jak. Przerysowuję plan portu i schemat podejścia z ich locyjki Kulińskiego. Idziemy spać. No cóż, jest około 23 może 00. Traktory już nie jeżdżą ale 100 m od przystani disco na całego a my chcemy rano wychodzić w morze. Nie wytrzymuję i wykręcam 112. Łamaną angielszczyzną tłumaczę, że brak „night silent” i że, nie da się spać na jachtach a rano trza w morze iść. Pani grzecznie wysłuchała i obiecała, że natychmiast zainterweniują. Po 10 minutach cisza jak makiem zasiał! Cuda jakieś???!?!? Śpimy.
Rano żarełko i jedziemy. Kierunek Burgsvik. Nie ma wiatru i jedziemy ze 2h na silniku. Potem się rozwiewa ale wykreca do SW. Idziemy maksymalnie ostrym bajdewindem i tniemy po skórze Lila Karlso ( wysepka u wybrzeży Gotlandii ). Wykręca jeszcze bardziej. Nie da się tym halsem iść rozsądnie daleko od brzegu a on nie jest tu bezpieczny (patrz mapa). Zmiana halsu. Tniemy w stronę Karlso (druga wysepka – większa) nabierając wysokości. Wystarczy. Zmiana halsu i celujemy w Burgsvik. Już blisko ale zaczyna zmierzchać. Noce są już tu ciemniejsze jak w Sztokholmie. Tam tylko szarzeje na parę godzin ( w porównaniu do naszych nocy). Nie zalecam wchodzenia do Burgsviku w nocy. Mając aktualną mapę, dokładny plan z locji Kulińskiego, rysunek podejścia, Max Sea na laptopie, mocny szperacz na pokładzie i świeży wywiad z kolegami z Polski wchodzimy tym bardziej, że nie jest całkiem czarno. Nabieznik świeci. Potem trzeba wykręcić ponad 90 st. w prawo. Tu już brak nabieznika nocnego i jakichkolwiek świateł. Trafiamy między tyczki torowe i trzymając się prawej ( z dala od pływającego falochronu - UWAGA na niego – prawie go nie widać !!!!) wchodzimy do przystani. Stoimy na bojce z rufy, dziobem do pomostu. Dopiero teraz wszystko rozumiemy. Spodziewaliśmy się jakiegoś portu a tu coś jakby 1/10 Pucka. Jesteśmy tu jedynym jachtem. Poza nami 1 kuter i jedna motorówka. Na kei leży ze 200 lub 300 m przedłużacza. Podpinamy ładowanie. Jest domek z kibelkami – gratis i prysznicami na monetę. Około 2 min za 1 SEK ( jak to się ma do naszych polskich 5 PLN?!!!! – 0,37 PLN ). Zero obsługi. Nie ma opłaty za postój, wodę i prąd. Jeść i spać. Burgsvik ma swój urok ale dziura to niezwykła. Z rana dźwigamy kanistry z benzynką około 1 km od stacji. Obok stacji market IKA (coś jak LIDL lub Biedronka). Robimy zakupy i wracamy. Mało ludzi ale czysto tu i schludnie. Przez cały rejs otrzymujemy SMS-y z pogodą od super życzliwego Maćka . Zalecenie na dziś to wychodzić dopiero o 18 UTC. Wówczas okno pogodowe. Faktycznie dzień bezwietrzny ale rozwiewa się już około 15. Zaczyna tęgo dmuchać, więc nie czekamy. Zakładamy ref na grocie i szykujemy genuę nr 2. Odejście jest trudne bo ciasno tu i wąską więc odchodzimy na wstecznym pod wiatr i falę i na torze wykręcamy. Później pomyślałem, że trza było się na bojce odwrócić i pójść przodem ale cóż, żeby tylko takie błędy były.
Zaczynamy przelot przez Bałtyk. Początkowo piękna jazda. Ciągniemy regularnie 5,5 – 6,5 supełka. W porywach 6,8! Baksztag. Hoburg zaczyna świecić. Ale mocna!!! Range 27mil !!! Płyniemy, mile uciekają a tymczasem wiatr słabnie i odkręca do S. Zdejmujemy ref i zmieniamy genuę na nr 1. Na razie da się płynąć. Na horyzoncie majaczy Baltic-Beta. Odległość na oko 10 mil a jednak SMS z prognozą pogody dochodzi. Prognoza się sprawdza. Maćku, jesteś wielki !!! Płyniemy dalej. Mijaja godziny. Choć dookoła tylko woda – widok ten w ogóle mi się nie nudzi. Idzie noc , idę ciut pokimać. Ruch statków wyjątkowo mały. Każę się budzić „zawsze”. Budzą bo statek idzie. Wstaję, ale przechodzi nam daleko przed dziobem. Kimam ciut jeszcze. Później wachtuję samotnie. Ziemia !!! Po trzydziestu paru godzinach od wyjścia z Burgsviku – ZIEMIA !!! i to tam gdzie się spodziewaliśmy . Tymczasem trza było troszkę popedałować na silniczku ale oto wiatr wykręca do SW i można znowu żeglować. Im bliżej Helu tym mocniej duje. W przedsionku zatoki wieje już 4 do 5, na zatoce wyraźnie wybudowana krótka, kąśliwa falka. Zaczynają się polskie realia i polska kultura. Sieci rybackie są wszędzie. Żadnych zasad co do oznakowania i rozstawiania.. Niektóre tyczki widzimy w ostatniej chwili. Staramy się wtedy iść w połowie między tyczkami licząc na zwis sieci. Na szczęście nigdzie nie ma koralików sieci powierzchniowych. Sieci są nawet w poprzek wejścia do portu helskiego. W mordę rybacy. Trochę rozsądku. . Zmieniamy genuę na nr 2. Tniemy kawałek w stronę Gdańska aby po zmianie halsu mieć dość wysokości na wejście do Helu. Zwrot i wejście do Helu. Jesteśmy przy Y-bomach. Stoimy. Nareszcie polska ziemia. Po 37 godzinach przelotu twardy ląd pod stopami.
I znów słów mi brak. Polskie realia. Kolega chce zrobić siusiu. Nie chcą go wpuścić do WC bo „wie pan niektórzy mówili, że zostaną na postój a jednak odpływali po godzinie”. Nie pomagało tłumaczenie, że skipper przyjdzie troszkę później i zapłaci za postój. Szlag. Do tego przypedałował pan bosman z ryjem, że niby to trzeba zgłaszać wejście bo mogła być jakaś przeszkoda na wejściu do portu i co wtedy. Chciał dane jednostki i skipera. Przypedałował w końcu pan z zarządu mariny po opłatę. A my jeszcze nie zdążyliśmy nawet pierwszego klaru zrobić. Ledwo zdążyłem szpringi pozakładać. Zapytałem o bankomat bo polskich pieniędzy miałem za mało. Ci zdziercy chcą 25 PLN za łódkę 7,7m. Pan wskazał ale „kazał „ się bardzo śpieszyć bo on zaraz ma koniec zmiany i musi się z kasy rozliczyć. Chciał też odliczoną kwotę bo nie miał drobnych. Gotówkę wypłaciłem łatwo ale gdzie rozmienić pieniądze na helu o 6:30 rano !!!!!!!!!!!????????????? Idiotyzm. Zmęczony, wybujany, głodny i zły, układając w głowie słowa reprymendy znalazłem w końcu jakąś spelunę gdzie pozyskałem owe 5 PLN do 20- tu. Świstek który dostałem rozpadał się w dłoni a trza go było pokazywać za każdym razem idąc do WC. Pospacerowaliśmy trochę po Helu. Zrobiliśmy zakupy. Zjedliśmy coś. Odprowadziliśmy kolegę na busa i z niekłamaną radością ruszyliśmy do górek. Pan z Tanga 780 family obok bez wyglądania zza falochron z niekłamanym zdziwieniem komentował , że zakładamy ref na grocie i szykujemy genuę 2 przed wypłynięciem. No cóż...
Nic to. Jazda do Górek to sama radość. Na logu nic poniżej 5,5 kts. Dokładniej 5,5 do 7 ! W Górkach byliśmy po 2h i 15 minutach Uzgodnione miejsce postoju w zaprzyjaźnionym klubie czekało już na nas. Jeszcze parę skrętów i cumujemy między dalbą a pomostem. Cumy obłożone i uścisk dłoni kolegi w podzięce za dzielność załoganta. Rejs zakończony. ( po południu 09/06/2008 )
Jeszcze jeden miły akcent. Dwaj panowie wykańczają niespełna 9 metrowy jacht stalowy. Pomagają przy cumach i na wieść skąd przypływamy – przynoszą po piwku. Miło .Dosyć marudzenia. Klawiatura się zagrzała. Jeśli zanudziłem wybaczcie. Pozdrawiam serdecznie wszystkich.
Dawid
filmy: http://pl.youtube.com/user/dawidsze
Gratuluję decyzji zakupu jachtu w Szwecji! Moim skromnym zdaniem jacht mimo, że leciwy będzie Panu służył przez długi, długi czas.
Przypomina mi się moja własna, zeszłoroczna wyprawa po swój jacht. Tyle, że ja płynąłem z zachodniej Szwecji więc jedynie telefonicznie z Guru polskiego żeglarstwa rozmawiałem :)
Wyposażenie które Pan otrzymał jest naprawdę bogate ale to chyba u nich standard bo ja u siebie też zastałem cała masę drobiazgów. Nawet angielskie rakietnice z 1974 roku zadziałały bez zarzutu (na szczęście z okazji Sylwestra a nie wypadku na morzu).
Mam nadzieję, że za Pańskim przykładem pójdą kolejni i na naszym wybrzeżu będzie coraz więcej jachtów morskich. Nieważne, że nie pod naszą banderą (jeszcze nie), ważne że coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że mały własny jacht to nie luksus ale jest osiągalny dla przeciętnego sympatyka żagli (ta samo jak kilkunastoletni samochód).
Jeszcze raz gratuluję i "stopy wody" w przyszłych rejsach!!
Kuba Raszowski
Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa.
Do zobaczenia na wodzie.
Pozdrowienia, Dawid Szewczuk
Maciek
Raz jeszcze dziękuję :-)
Poniżej link do pełnej fotorelacji z rejsu:
http://picasaweb.google.pl/dawidmysza/ZZiemiWodySzwedzkiejDoPolskiej#
Pozdrawiam serdecznie, Dawid Szewczuk
Przyjemny rejs i dobry przykład dla naśadowców. To wskazówka w jaki sposób zapełnić jachtami polskie porty oraz przeciwdziałać negatywnym mitom dotyczącym żeglarstwa morskiego.
Mam za sobą podobną historię; HOLLY przyprowadziłem z przeciwnej strony Bałtyku, z Zatoki Kilońskiej. Co prawda mniejsza (6,32) i słabiej wyposażona, ale samotny rejs ( w 2006 roku) przez Danię, Szwecję i Bornholm do Ustki dostarczył mi wspaniałych przeżyć.
Życzę wielu udanych rejsów i do zobaczenia w portach lub na morzu.
Edward Zając
W 2008 roku w drugiej połowie maja miałem podobną przygodę. Przyprowadziłem już wtedy swoją "La Mer" (klasa: Tur 84), do Górek z Jarny, czyli bardziej na południe od Sodertaile. Trasę obrałem przez "Kalmar sund" z noclegami w Oxelosund i Gronhogen. Sam zakup, kontakt z poprzednim właścicielem, przygotowanie łódki, wodowanie i pierwszy rejs to niezapomniane przeżycie. Teraz nasze łódki stoja obok siebie i czekają na nowy sezon. Może się przełamię i też opiszę swoją przygodę z zakupem.
P.S. W Gronhogen stały 4 jachty w tym dwa kupione w Szwecji i płynące do Polski.
Pozdrawiam wszystkich.
Co do kamizelek to juz się naprawiam, o tu:
http://picasaweb.google.pl/dawidmysza/ZZiemiWodySzwedzkiejDoPolskiej#5300540224667681394
Tak jak napisałem wszelkie przeloty tylko w kamizelkach.
Bez kamizelek płynęliśmy tylko po "małej wodzie", bardzo spokojnej i gładkiej wodzie i do tego w słoneczku.
Ale to i tak zbyt pobłażliwe podejście. To prawda.
Dodam jeszcze, że Bałtyk powyżej 3 bf. oraz począwszy od szarugi tylko w szelkach i to bez względu na pogodę.
Dzięki za miłe słowa komentarza o opisie rejsu, przygotowaniach, rozsądku itp.
Aaa, skiper jest tu, po srodku :-))) :
http://picasaweb.google.pl/dawidmysza/ZZiemiWodySzwedzkiejDoPolskiej#5300536714223505010
Serdeczne pozdrowienia.
Dla tych którzy wspierali - szczególne :-)
Dawid Szewczuk
Coś strona linki przekierowuje.
Może teraz zadziałają:
kamizelki:
http://picasaweb.google.pl/dawidmysza/ZZiemiWodySzwedzkiejDoPolskiej#5300540224667681394
skiper w środku
http://picasaweb.google.pl/dawidmysza/ZZiemiWodySzwedzkiejDoPolskiej#5300536714223505010
Dawid
: