Żeglowanie z młodzieżą to podwójne ryzyko, ale i podwójna satysfakcja. Ileś lat temu Ewa Brykalska, żona kapitana Zbyszka Brykalskiego zaczęła mnie podchodzić abym zabrał w morski rejs jej "małolata" - Krzysia. Nie wiem skąd takie zaufanie ? Przecież powierzenie synka obcemu człowiekowi to chyba przejaw największego z możliwych zaufań. Prawdę mówiąc (i to ze wstydem) trochę się wykręcałem. Dotąd żeglowali ze mną bardzo doświadczeni zeglarze - kapitanowie i "morsy" o niezwykle długim stażu. Nawet regatowiec, mistrz klasy olimpijskiej. Ewa była nie do zniechęcenia i w taki sposób Krzyś pojawił się na pokładzie "MILAGRO V". Tu trzeba koniecznie dodać - sprawdził się na ocenę celującą, a dziś - to już kapitan pełną gębą. I tyle by to było tego "zagajenia" do newsa Heleny Borlik-Salcewicz.
Nadal niejasności sytuacji rankingowej
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
===============================
O tym, jak młodzi Dulscy koncertowo „zatańczyli" Poloneza
Kiedy w sierpniu b.r. „Polonezowi" dane było wreszcie poczuć po 20 latach fale wód bałtyckich, po których tańczył dostojnie w swych nowych, nieskazitelnie białych sukniach, niczym panna młoda, którą ledwo co, poślubił wiatr, i kiedy było tak słodko, że aż chciało się tą „słodkością" podzielić z całym światem - dyskretnie podeszłam do stojącego u steru właściciela jachtu i nieśmiało zagadnęłam: „Jurku, wiesz… pracuję z takimi fajnymi chłopakami w Szczecinie, uprawiamy żeglarstwo szuwarowo-bagienne na DZ po „morzu" Dąbskim. Chłopcy są bardzo dzielni i wytrwali, sezon żeglarski zakończyli 10 dni przed wigilią Bożego Narodzenia, było trochę zimno, ale cieszyli się, że jeszcze mogą być na wodzie. Ciągnie ich do wody i żagli. Czują się wyróżnieni, bo wyjście na przystań jest dla nich nagrodą. Są silnie zmotywowani i pracują nad sobą, starają się być grzeczniejsi od innych. A poza tym należy się im zwiększona dawka różnych „słodkości". Dotąd życie ich nie rozpieszczało i nie zawsze umieli sobie z tym poradzić, właściwie wybrać wyjście z trudnej sytuacji. I tak sobie pomyślałam, że …sympatycznie by było z Twojej strony, gdybyś zgodził się użyczyć „Poloneza" na trzydniowy rejs chłopaków do Świnoujścia".
Jurek wysłuchał mnie z uwagą godną prezesa wielkiej firmy i odparł - „Nie ma sprawy, płyńcie. Rozumiem, że jacht poprowadzi Bruno?" - „Ależ oczywiście, że tak" – odparłam szczęśliwa i wygłosiłam dziękczynną tyradę. Na zakończenie tematu prezes poprosił tylko, abym zadbała o bezpieczeństwo chłopców na czas rejsu. Zatelefonowałam do naszej pani dyrektor i dumnie oznajmiłam – „…Mamy dla naszych chłopaków „Poloneza" na 3 dni rejsu do Świnoujścia".
Do rejsu zostali wytypowani czterej wychowankowie w nagrodę za dobre zachowanie w minionym roku szkolnym. Zbliżał się koniec wakacji, który zwiastował rychły przyjazd naszych chłopców do Ośrodka. Należało więc, szybko skontaktować się z nimi i ich rodzicami, aby dopełnić formalności w postaci pisemnej zgody na rejs. Po którymś kolejnym nagraniu się na poczcie głosowej odbieram telefon, na który długo czekałam. Jeden z załogantów niepewnym głosem pytał -„…Czy to na pewno prawda, że udało się pani w końcu załatwić rejs, i że ja zostałem wybrany do załogi, a kto jeszcze popłynie i kiedy, a dokąd, a na czym płyniemy, a gdzie będziemy spali, a gdzie będziemy jedli i się kąpali? "- (..…) - "Naprawdę „Polonezem", z panią, kpt. Bruno, Wojtkiem, Kamilem i Krzysiem? Ale super. Bardzo się cieszę i dziękuję w swoim i kolegów imieniu".
Ten krótki i radosny telefon zawierał w sobie całe mnóstwo informacji zwrotnych mówiących o tym, że nam dorosłym nie wolno zawieść oczekiwań wychowanków, że należy wynagradzać ich za wysiłek w pracy nad sobą i za pracę fizyczną przy remontowaniu DZ. Ważne jest również z kim popłyną - aby czuli się swobodnie oraz na czym, bo „Polonez", „Maria", „Stary", ,, Dar Szczecina", „Magnolia", „Kruzenstern" czy „Siedow"- to jednostki, które rozpoznają z daleka, z którymi się identyfikują, i z których są dumni z różnych powodów. A pytania typu: gdzie będziemy spać, gdzie będziemy jeść i kąpać się? - świadczą o tym, że nigdy w rejsie jeszcze nie byli, chociaż niejeden kambuz, niejedną koję i niejedną mesę i łazienkę widzieli. Ale co innego widzieć, a co innego „mieszkać" na jachcie w tyle osób, na tak małej przestrzeni i w dodatku płynąć. To jest dopiero wyzwanie!!! Natomiast słowa podziękowania „w swoim i kolegów imieniu"- to najbardziej dojrzały i smakowity owoc pracy wszystkich wychowawców, nauczycieli i całego personelu placówki. I właśnie dla „wyhodowania" takich „dorodnych owoców" warto zadać sobie dużo trudu i zadbać o stworzenie im odpowiednich warunków, aby jak najdłużej przetrwały i jak najczęściej mogły raczyć nas swym smakiem i urokiem.
Dowody na to w trakcie rejsu mnożyły się z godziny na godzinę. Nie wyprzedzając jednak faktów, przejdę do zbliżającej się godziny „0", która poprzedzona była w przededniu generalnym szorowaniem pokładu i klarem na i pod pokładem. Dnia następnego na wyznaczoną godzinę „0" podjechały do kei 2 osobowe samochody - wypełnione pod dach przeróżnymi, niezbędnymi do rejsu, "różnościami", spomiędzy których wygramoliła się tryskająca szczęściem, radosna załoga.
Po zaształowaniu wyładowanych z samochodów: śpiworów, rzeczy osobistych, prowiantu i wszystkiego, co niezbędne - kpt. Bruno Salcewicz przeprowadził instruktaż zakładania oraz obsługi pneumatycznych kamizelek ratunkowych, łącznie z demonstracją wypełniania się jednej z nich. Następnie pouczył załogę w sposób praktyczny jak korzystać z pasów bezpieczeństwa, udzielił innych pouczeń i wydał komendę oddania cum."Polonez" zgrabnie oddalił się od kei i wyruszył z czterema chłopakami na pokładzie - w ich pierwszy w życiu rejs, na początek tylko, a może aż, do Świnoujścia. Poza wspomnianymi chłopakami i kapitanem, na jacht zamustrowało dwóch innych załogantów, w tym moja skromna osoba..
W trakcie żeglugi - stawianie żagli, ich obsługa i wybieranie lin na kabestanach, przebiegało sprawnie i mobilizowało chłopców do współdziałania w grupie. Starsi, silniejsi i więksi, pomagali młodszym, słabszym i mniejszym. Kolejni sternicy zamawiali sobie kolejki przy sterze. Sterowanie po torze wodnym, wypatrywanie kolejnych znaków nawigacyjnych, mijanie bram torowych, czy dużych statków - dostarczało chłopcom sporo emocji. Emocjonowali się też, gdy rosły lub malały parametry na instrumentach, szczególnie na wskaźniku prędkości. Bacznym okiem obserwowali otaczającą ich przyrodę, szczególnie w Kanale Piastowskim. Nie przeoczyli żadnej czapli i niezbyt przychylnym okiem spozierali na kormorany, widząc spustoszenie, jakiego dokonały. Z apetytem spożywali też swój pierwszy w życiu gorący, prawdziwy obiad na płynącym jachcie. A dodatkowy szacunek do swego kapitana okazywali tym, że serwowali mu w pierwszej kolejności każdy posiłek.
W porcie Świnoujście, wielkim przeżyciem, zapierającym dech w piersiach, było płynięcie „Polonezem" w bliskiej odległości od gigantycznych promów „Unity Line". Pod czujnym okiem kapitana Bruno, za sterem stawali kolejno wszyscy chłopcy- każdy chciał zaliczyć te morskie giganty. Podejście do nabrzeża i zacumowanie w Marinie Basenu Północnego odbyło się sprawnie, po czym młoda załoga zadbała o klar na pokładzie, o podłączenie się do bieżącej wody oraz o rozwinięcie kabla elektrycznego, który podłączył kapitan. Natychmiast guziki tablicy rozdzielczej przełączone zostały przez chłopaków na zasilanie lądowe, zabrzmiała muzyka, a kosz ze śmieciami (bez przypominania) czekał na kei i na pozwolenie oddalenia się z nim do śmietnika.
Wszystkie czynności wykonywane były dosłownie w biegu z racji inwazji komarów, które od dwóch dni opanowały Świnoujście. Również w biegu zgłosiliśmy„Poloneza" w bosmanacie, pobraliśmy cenne klucze do toalet - "full wypas" i truchtem udaliśmy się (bez kapitana) nad upragniony brzeg morski, spryskując się (w biegu zakupionym) środkiem antykomarowym.
Plażą doszliśmy do przepięknego deptaka z podświetlaną fontanną, która zmieniała barwy swych strumieni wodnych zgodnie z kolejnymi tematami muzycznymi. Poczuliśmy się wszyscy jak w krainie baśni. Oczarowani fontanną chłopcy- łapali te grające, mokre i kolorowe światełka w dłonie, aby choć przez chwilę dotykać ich piękna i nacieszyć się nim - zatrzymując je na trochę tylko dla siebie. Sesja zdjęciowa utrwaliła te i inne cudeńka napotkane w drodze powrotnej (deptakiem i bajeczną ulicą Kapitańską) do „Poloneza". Przyznam szczerze, że od czasu do czasu sama wątpiłam, czy jestem w Polsce, czy może w hiszpańskim Alicante.
Niestety, po przyjściu do mariny okazało się, że nadal jesteśmy w Polsce bo automaty prysznicowe w "full wypas" łazienkach pożerały żetony za 5 „zeta", oferując w zamian dwie 30 sekundowe sesje cienkich strumieni wody. Chłopcy domywali się i opłukiwali, więc w umywalce. A trzeba przyznać, że są czyściochami i bardzo dbają o higienę osobistą. Wpadli, więc na pomysł aby jutro płynąć do Trzebieży, by tam móc porządnie się wykąpać. Jednak po powrocie z łazienek - odurzeni smakowitymi zapachami z kambuza, po którym krzątały się dwie troskliwe „mamy", i w ferworze opowieści kapitanowi wrażeń ze spaceru - zapomnieli o niedogodnościach prysznicowych. Kolację zjedli z apetytem i repetami, umyli zęby i przed snem dostali czas na „pogaduchy". Jednak Wojtek nie tracił swego czasu na „gaduły" i jako odpowiedzialny kolega, zadbał o małego Jarka, któremu na brzeg koi kapała woda z przecieku luku. Troskliwy Wojtuś chwytał się różnych sposobów aby ochronić swego kolegę. W końcu poskutkowało dodatkowe przykrycie Jarka fragmentem lekkiego żagla. Miło było patrzeć na zmagania Wojtka i wdzięczność Jarka w kontekście faktu, iż obaj „panowie" na początku ubiegłego roku szkolnego puszyli się na siebie i w najlepszym wypadku starali się wzajemnie omijać. Polubili się i zaprzyjaźnili na piątkowych żagloterapiach.
Dnia następnego - po porannej toalecie chłopaków i umyciu „Poloneza" na błysk, przy wspaniałej jajecznicy (na kiełbasie) z niezliczonej ilości jaj, kapitan wbił ćwieka chłopakom, pytając - „Jak nazywa się i gdzie znajduje się najkrótsza lina na statku?" Czasu na odpowiedź udzielił do wieczora i obiecał czekoladę w nagrodę.
Ponieważ zachowanie załogantów nie budziło żadnych zastrzeżeń - wprost przeciwnie, chłopcy oferowali swą pomoc załogom zmieniającym się na innych jednostkach - kapitan postanowił wybrać się z tak wspaniałą załogą w krótki spacer po morzu. Fakt ten jest znamienny, ponieważ plan rejsu nie przewidywał takiej opcji. Jednak kapitan Bruno miał „nosa" i na załodze kolejny raz nie zawiódł się. Żagle i liny śmigały przy zmianie halsów, a dbałość chłopaków o swoje i kolegów bezpieczeństwo i współpraca w grupie - wypadły doskonale.
Gdy na horyzoncie pojawił się żaglowiec „Baltic Lady" i zbliżał się do „Poloneza", kapitanowie nawiązali ze sobą łączność radiową i uzgodnili wzajemną sesję zdjęciową, która w krótkim czasie przeobraziła się w regaty. Oj, było na co patrzeć. Nie tylko na piękno paradujących w swych białych sukniach jachtów, ale również na zapał i wyczyny dzielnych chłopaków, którym poziom adrenaliny rósł wprost proporcjonalnie do prędkości „Poloneza". No i kto wygrał te regaty, oczywiście, że „Polonez".
Chłopcy byli dumni z siebie i jachtu zajadając się lodami w nagrodę. Dumni byli też wtedy z „Poloneza", gdy podchodzący do jachtu ludzie pytali - „Czy to ten sam „Polonez", który…itd., itd…" Dobrze bowiem znali historię „Poloneza" i wyczyny kapitana Krzysztofa Baranowskiego. Dumni też byli z obecnego kapitana „Poloneza", gdy razem spacerowali po marinie - bo kapitan Bruno wszystkich znał i jego też wszyscy znali. Po obiedzie Wojtek z Kamilem zrezygnowali ze spaceru plażą do miasta i zaoferowali pomoc kapitanowi przy inspekcji zęz i silnika. Inni dwaj chłopcy pod moją opieką, obejrzeli spektakularny zlot ciężkich motocykli na plaży i przekonali się, że wczorajsze „czary-mary" - oświetlonego deptaka i fontann - prysły i poszarzały. Podziwiali za to uroki latarni morskiej i fortów oraz kutrów rybackich cumujących w porcie.
Tymczasem w marinie zaczął się niebywały ruch, powracających z regat „Pogoń za wiatrem"- jachtów. No i chłopcy, jak to nasi chłopcy, chętni do pomocy biegali po nabrzeżu i odbierali cumy na wyścigi. Ledwo, co udało się ich przyhamować przypominając o myciu, komarach i kolacji. Podczas kolacji okazało się, że przeprowadzali wywiady z załogami, którym pomagali przy cumowaniu - wypytując je o nazwę owej tajemniczej, najkrótszej liny na statku. Ponoć nie tak szybko uzyskali odpowiedź, ale była ona prawidłowa i po kolacji cała czwórka z apetytem chrupała już obiecaną czekoladę. A czy ty, drogi czytelniku znasz nazwę tej liny i miejsce, w którym znajduje się? Jeżeli nie - to zapytaj o to: Wojtka, Kamila, Krzyśka i Jareczka, którzy dnia następnego szczęśliwie powrócili do Szczecina ze swego pierwszego rejsu, pierwszych morskich regat i pierwszego spotkania z żeglarzami-regatowcami.
Naszym chłopcom smutno było, że ich rejs już dobiegł końca. Ale koniec rejsu wyzwolił w nich marzenia o następnym, na który będą czekać pielęgnując swoje pozytywne postawy i pomagając przy jednostkach wymagających ich wkładu pracy. Gdzie ich spotkasz? W piątki - w Marinie Porta Hotele lub czwartki - w OMPM oraz na imprezach Regionalnego Programu Edukacji Wodnej i Żeglarskiej.
Helena Borlik-Salcewicz – MOS Nr 1 w Szczecinie
PS. Zagadkowy tytuł kryje w sobie enigmatyczny fenomen, za sprawą którego nasi wychowankowie -nie do końca idealni w murach naszej szkoły i internatu - poza ich murami zawsze potrafią stanąć na wysokości zadania i świecić przykładem dla innych.
Wspaniały opis "tańca" młodych żeglarzy. Czytając Twój artykuł słyszy się łopot żagli...
Z żeglarskim pozdrowieniem Ewa Brykalska, Elbląg