Mam dziś dla Was opowiadanko o zalewowym rejsie. Tak prawde mówiąc - o rejsie jeziorowym, bo Zalew Koronowski nazwę ma nieco na wyrost. Historyjka jest o tyle nietypową, jako że przeważnie to ojciec syna uczy. A tu liczący 26 wiosen Wiktor Święcichowski, bydgoszczanin, żeglujący od dekady (nawet do Amsterdamu) zaprosił tatusia do "omegi" i wypłynęli na szerokie podbydgoskie wody. Od razu muszę wyjaśnić, że był to pierwszy rejs ojca (był w kamizelce).
SSI to okienko morskie, ale gros żeglarzy morskich zaczynało albo na Zegrzyńskim, albo na Jezioraku, albo na Koronowskim czy innych Wdzydzach. Jedni niech powspominają, inni niech pomyślą, czy już nie czas na prawdziwe żeglowanie. A "w tyłek" można dostać i na Koronowskim :-)))
Kamizelki (Wiktor) i żyjcie wiecznie !
Don Jorge
Wiktor - autor opowiadanka (fotka z innego rejsu)
Wiktor
=================================
a tu klikacie jeśli opowiadanko Wam się spodobało
Szuwarowy sztorm
Pewnego letniego dnia mój Tato zapragnął wyjechać po raz pierwszy w życiu na żagle. „To co, Młody, jedziemy pożeglować nad Zalew [Koronowski – przyp. autora]” – rzucił niespodziewanie. „Czemu nie?…” – pomyślałem sobie. Ostatni raz stawiałem żagle prawie rok temu, moi koledzy, z którymi zwykle pływam, w tym roku zajęci byli swoimi „lądowymi” sprawami, więc propozycja wydała mi się bardzo kusząca.
Przed rejsem daję Tacie do poczytania cieniutką książeczkę „Nauka żeglowania w weekend” Johna Driscolla (Wyd. Wiedza i Życie, Warszawa 1993r.), żeby dowiedział się, jak się „je” ten sport. Jednak Tato chce jak najszybciej poznać żeglarstwo w praktyce. „Przez czytanie to ja się niczego nie nauczę!” – stwierdza krótko.
Sprawdzamy jeszcze prognozy pogody. Na „Onecie” wygląda optymistycznie – dużo słońca, trochę chmurek, wiatr w granicach 3-4B. W telewizyjnej „pogodynce” jest już mniej kolorowo, bo zapowiadają przelotne deszcze. Najbardziej niepokojącą prognozę dostaję od kuzyna Macieja. Na stronie internetowej meteo dla pilotów znalazł informację o możliwych burzach. Oboje z Tatą byliśmy jednak bardzo zdeterminowani. „Najwyżej schowamy się przy brzegu” – skwitowałem. Wykonuję jeszcze telefon do bosmana przystani w Pieczyskach, gdzie zaczniemy naszą wodną przygodę, żeby sprawdzić ceny czarterów. Decydujemy się na omegę, bo jest najtańsza, a przede wszystkim daje niezwykle dużo radości z żeglowania. Tak więc w sobotę rano spakowaliśmy sztormiaki, letnie ubrania i ciepłe swetry, tak na wszelki wypadek. Mama przygotowała nam masę kanapek, i w drogę!
Autobusem z Bydgoszczy do Pieczysk dojeżdżamy w ciągu godziny. Na miejscu czeka nas niezbyt miła niespodzianka. Okazuje się, że „omka”, na której mamy popłynąć, jest mocno zaniedbana. Łódeczka ma poobijane burty, w kokpicie brakuje gretingów, popękane i zbutwiałe są drewniane elementy: rumpel, skrzynka mieczowa, niewielka jaskółka. Prowizorycznie zrobiono komory wypornościowe – po prostu forpik i achterpik wypchano butelkami PET i zasłonięto drewnianą dyktą. Na domiar złego poprzednia załoga z achtersztagu zrobiła… cumę rufową! Dodatkowo musieliśmy wylewać wodę z kokpitu po poprzednich deszczach. Czyli generalnie dużo roboty przed wypłynięciem.
Wylewamy wodę, mocujemy koniec achtersztagu na swoim miejscu. Swoje rzeczy pakujemy do dużych foliowych toreb i kładziemy w kokpicie w pobliżu skrzynki mieczowej. Nie jest to najskuteczniejsza ochrona przed deszczem, ale lepsza taka niż żadna. Wreszcie możemy przygotowywać żagle do postawienia. Najpierw udzielam Tacie instruktarzu, mówię o budowie jachtu, osprzęcie, poszczególnych czynnościach przy stawianiu żagli. Będzie też musiał się przyzwyczaić, że na pokładzie to moje zdanie będzie najważniejsze.
Po minie Taty widzę, że jest zniechęcony początkowymi kłopotami. Sam też czuję w środku złość, że musimy płacić pieniądze za zdezelowaną łódkę. Jako sternik muszę jednak trzymać nerwy na wodzy, żeby nie posuć morale mojego załoganta. Pomagamy jeszcze zwodować łódkę dzieciakom z miejscowego obozu żeglarskiego. Teraz na nas kolej. Najpierw zaczynamy płynąć na pagajach. Po paru mocnych pociągnięciach pagajami mijamy główki portu, opuszczając miecz i płetwę sterową.
Wypływamy na głęboką wodę, stajemy w linii wiatru i pomału stawiamy nasze „skrzydła”. Tacie początkowo mylą się nieco poszczególne liny, ale w końcu załapał, czemu służy każdy ze „sznurków”. Nareszcie żagle na maszcie! Zapierający dech w piersiach widok po tylu miesiącach przerwy! Ustawiam łódeczkę na bejdewindzie, wybieram talię grota, Tato szot foka. Nasza „Omka” powoli nabiera prędkości, wzrasta też przechył, co niezbyt podoba się Tacie:
- Wiktor, wywrócimy się!
- Spokojnie, damy radę. – uspokajam go - Zaprzyj się mocno nogami o skrzynkę mieczową i wychyl się mocno za burtę.
Posłuchał mnie, choć z pewnymi oporami. Nasza „łupinka” nie ma niestety zamocowanych pasów do balastowania, dlatego musi wystarczyć ciężar nas obydwu. Szczęśliwie przechył jachtu jest w miarę stabilny, w mocniejszych podmuchach wiatru luzuję szot grota lub minimalnie ostrzę w szkwałach. Osiągamy wspaniałą prędkość, fale z pluskiem opływają kadłub, wiatr rozwiewa włosy. Po prostu bajka!
Jednak Tata żeglarski „pierwszy raz” przeżywa z niepokojem, starając się zapanować nad strachem. Początkowo płyniemy w stronę zapory wodnej, ulokowanej na południowym brzegu Jeziora Koronowskiego. Widząc jednak, jak bardzo mój załogant przeżywa swój pierwszy rejs, odpadam do bardziej komfortowego kursu baksztagowego.
Na lewym trawersie mijamy przystanie w Romanowie, a następnie Wyspę Miłości. Mój załogant jest już dużo spokojniejszy. Po minięciu Wyspy zmieniamy hals na baksztag lewego halsu. Udajemy się w kierunku pola biwakowego za Tylnią Górą na zachodnim brzegu Jeziora. Cumuje tam sporo łódek rybackich, ale żeglarze też mogą tam dobijać. Trzeba tylko przed dobiciem do brzegu podnieść miecz i płetwę sterową, i uważać, żeby nie zahaczyć masztem o konary drzew. I oczywiście nie hałasować!
Na brzegu przy drewnianym stoliku jemy drugie śniadanie. Cisza, spokój, wprost wymarzone miejsce do odpoczynku. Z komórki dzwonimy do Mamy, mówię, że mamy się dobrze, że fajnie wieje, tylko Tata musi się jeszcze przyzwyczaić do przechyłów...
Po godzinnym postoju odbijamy od brzegu i płyniemy dalej na północ. Decyduję się płynąć między kępami trzcin, ponieważ nigdy wcześniej nie pływałem po tej części Jeziora, a poza tym chciałem choć odrobinę poczuć się jak odkrywca nieznanych wód. Żeglując wśród trzcin, dostrzegamy przepiękną, jasnoróżową lilię wodną. Tak bardzo jesteśmy zauroczeni tym cudnym kwiatem, że nie zauważyliśmy, jak wjechaliśmy na mieliznę. A tak się sympatycznie płynęło… No nic, trzeba działać. Szczęśliwie płyniemy baksztagiem, więc lekko podnoszę miecz i płyniemy dalej. Mimo podniesionej płetwy mamy dobrą sterowność. Suniemy dalej wśród trzcin i… znowu płytko. Podnosimy cały miecz i dla pewności płetwę sterową. Wypływamy na szersze wody i dopiero tam opuszczamy miecz i płetwę steru.
Płynąc baksztagiem, wpływamy do wąskiego przesmyku, który zaprowadzi nas do Wielonka. Nad jednym i nad drugim brzegiem majestatycznie wznoszą się wysokie drzewa, co jakiś czas mijamy połamane konary drzew, wcinające się głęboko znad brzegu w toń wody. Wiatr wyraźnie słabnie, wieje najwyżej 1B. Ale taka żegluga odpowiada mojemu Tacie. Mi także, bo możemy poczuć prawdziwą ciszę. Nasza łódeczka łagodnie i cichutko sunie po wodzie, z lasu dobiegają odgłosy jego mieszkańców. Sporadycznie mijają nas inne jachty, czasem jakiś wędkarz zarzuci swoje wędzisko. Ach, chciałoby się tak płynąć aż do zachodu słońca!
Dopływamy do miejsca, gdzie akwen rozgałęzia się na trzy odnogi. Tutaj wiatr na moment zmienia kierunek na półwiatr i lekko przybiera na sile. Pierwsza odnoga prowadzi na zachód do niezwykle spokojnej Zatoki Różanna, druga dalej na północ w kierunku miejscowości Sokole-Kuźnica, trzecia do Zatoki Wielonek i ośrodka wczasowego z niewielkim pomostem. Wybieram drogę na północ. Prawą burtą mijamy przystań we Wielonku i udajemy się w stronę przeprawy promowej. Tuż nad przeprawą widać kable wysokiego napięcia. Podpływamy do tablicy na brzegu informującej o wysokości przewodów nad lustrem wody. Prawie 17 metrów. Nasza omega mogłaby spokojnie pod nimi przepłynąć. Niestety, jest już jednak po południu, a musimy jeszcze zdążyć na autobus powrotny do Bydgoszczy. Tak więc ostrzymy do nielubianego przez mego załoganta bajdewindu i halsujemy z powrotem do Pieczysk. Przeprawę promową przetnę innym razem.
Wiatr co chwila zmienia kierunek, odbijając się od wysokich drzew, przez co halsowanie staje się bardzo uciążliwe. Próbuję wykorzystać chwilowe zmiany kierunku wiatru, żeby złapać korzystny hals. Mimo tych trudności powoli nabieramy wysokości, co jakiś czas robiąc zwroty.
Wtem na niebo nadciągają ciemne chmury. Nie wyglądają na burzowe, ale czuję, że może z nich trochę „pokapać”. I rzeczywiście, zaczęło padać. Szybko ubieramy się w sztormiaki, ale płyniemy dalej. „Taki deszcz niestraszny” – mówię sobie. Mojemu Tacie rzędnie jednak mina.
- Płyniemy dalej, to nic groźnego – pocieszam go.
Ale deszcz robił się coraz bardziej rzęsisty, aż zrobiła się ulewa.
- Wiktor, schowajmy się do brzegu! Po co tak moknąć?! – mówi z niepokojem
- Dobra
Istotnie, deszcz przypominał ścianę wody, przez którą trudno było dostrzec cokolwiek. Poza tym nasza łupinka nie miała odpływowego kokpitu i zaczęła zmieniać się w pływającą wannę. Zrzuciliśmy żagle i na pagajach dopłynęliśmy do stałego lądu, gdzieś na wysokości Różanny. Tato przycumował łódkę. Pomógł mi jeszcze sklarować na szybko foka i poszliśmy schować się pod wielkim, rozłożystym dębem. Gdy schodziłem na ląd, na mokrej błotnistej ziemi uciekła mi prawa noga i wpadła do jeziora. Tato złapał się za głowę:
- Nic ci się synek nie stało? A tak ładnie się płynęło… Szybko przebierz buty i skarpetki – w Tacie odezwał się ojcowski instynkt.
Na rejs zawsze zabieram dodatkową parę butów i skarpetek, tak na wszelki wypadek. Tym razem okazały się prawdziwym zbawieniem.
Gdy przebrałem buty i skarpetki, zauważyliśmy, że nasza łódeczka zebrała już w zęzie sporo deszczówki, a wciąż padało. Tato szybko przykrył nasze rzeczy grotżaglem. Co prawda rzeczy mieliśmy w foliowych torbach, ale dla pewności wolał je jeszcze czymś przykryć. W końcu przestało lać i przy zupełnym sztilu wypłynęliśmy na niezastąpionych wiosłach. Po chwili zaczyna słabiutko wiać od dziobu, lecz nie decyduję się na postawienie żagli. „Za długo byśmy halsowali” – mówię Ojcu.
Telepiemy się tak beztrosko na pagaikach, gdy nagle na niebie dostrzegliśmy wielką granatowo-szarą chmurę. „Najwyżej przelotnie popada” – nie dopuszczałem do siebie myśli, że ta wielka chmura może dać burzę. Faktem jest, że bardzo wierzyłem w prawdziwość prognozy na Onecie z dnia poprzedniego. Dotychczas prognozy z tego portalu z grubsza się sprawdzały. Dlaczego więc teraz miałoby być inaczej? Wiatr zaczął znów wiać, jakieś 2B i zaczęliśmy szykować się do ponownego postawienia żagli. Wciąż naiwnie pocieszałem się, że owa ciemna chmurka nie zrobi nam krzywdy.
Niestety, grubo się pomyliłem! Drzewa nad brzegiem jeziora niemal wygięły się w łuk od gwałtownego podmuchu wiatru, na łagodnych grzbietach fal zaczęły tworzyć się białe grzywacze, plusk wody przechodził w gwałtowny łoskot. „Coś się będzie działo. Czuję to!” – pomyślałem sobie – „Musimy szybko coś zrobić”.
Daleko przed dziobem dostrzegłem małą zatoczkę, do tego osłoniętą od wiatru. W sam raz na przeczekanie bardzo wietrznej pogody.
- Stawiamy samego grota i spróbujemy tam dobić. – wydaję komendę Tacie i pokazuję palcem na zatoczkę.
Nie zdążył jednak postawić żagla. Nagle na prawym trawersie dostrzegłem dziwnie przemieszczający się po powierzchni wody szkwał, podobny do niewidzialnej trąby powietrznej. Szeroko otworzyłem usta i zamarłem z wrażenia. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem!
W jednej chwili owa trąba dopadła nas i poczuliśmy, jakbyśmy znaleźli się w środku gigantycznego powietrznego komina. Wiatr osiągnął wręcz huraganową siłę i skręcił o 90 stopni, a z szaro granatowych chmur lunął grubymi kroplami deszcz.
- Płyniemy w trzciny! – podjąłem błyskawicznie decyzję i ustawiłem naszą łupinkę pod kątem rufą do sporej już fali. Mimo, że dryfowaliśmy bez żagli, momentalnie osiągnęliśmy dużą prędkość i wbiliśmy się w gęsto rosnące przy brzegu jeziora trzciny. „A miało być ładnie…” – w myślach złoszczę się na siebie za to, że za bardzo zaufałem internetowej pogodynce. Na jeziorze pojawiła się wysoka, prawie morska fala, deszcz zaś tworzył ścianę wody, przez którą z trudem dostrzegaliśmy przeciwległy brzeg.
Tuż po dobiciu zabieramy się do zdejmowania grota z bomu, żeby stworzyć z niego prowizoryczny tent i uniknąć uciążliwego moknięcia w strugach deszczu. Ale żagiel ani drgnie! Ciągniemy mocno za róg szotowy, i nic! Wtem zauważamy, że grot wyhaczył się tuż przy rogu halsowym, przez co lik dolny nie może swobodnie przechodzić w likszparze bomu.
„Znowu coś nie działa, no nie” – denerwuję się. Na szczęście tato szybko wpada na pomysł, żeby tkaninę grota podeprzeć pagajami. Tent już gotowy! Musimy tylko od czasu do czasu wylewać czerpakami deszczówkę z kokpitu. Poza tym jesteśmy względnie bezpieczni i czekamy na to, aż wiatr się „wydmucha”.
Po pół godziny wszystko wraca do normy. Wiatr zelżał do siły sprzed nawałnicy, a na niebie znów pojawiło się słońce, przepędzając swoim ciepłem i blaskiem deszczowe chmury. Opuszczamy trzcinowy azyl, podnosząc miecz i płetwę sterową, żeby zminimalizować opór kadłuba i odpychamy się pagajami od dna. Musimy jednak robić to z pokładu dziobowego, bo pod dziobem jest najpłycej. Znów wpływamy na szerokie wody i zaczynamy wiosłować niezastąpionymi i, co pokazuje ten rejs, uniwersalnymi pagajami. Gdy nabieramy wystarczająco dużej prędkości, stawiamy nasze przemoczone „skrzydła” i halsujemy do przystani w Pieczyskach.
Kierujemy się w stronę zachodniego brzegu, który daje osłonę przed wiatrem, i do którego schowamy się, gdyby aura znów się gwałtownie popsuła. Póki co wieje „jedyneczka” i wygrzewamy się na słoneczku.
Niestety, po godzinie niebo znów zasnuło się ciemnymi chmurami, choć na szczęście dużo mniejszymi niż te burzowe. Słońce znów się schowało, a my nadstawiliśmy oczu i uszu na wypadek gdyby znów burza chciała nas zaskoczyć. Szczęśliwie, ciemne chmury dały jedynie przelotny deszcz.
Taka pogoda w kratkę dość mocno zdeprymowała Ojca, lecz jako załogant radzi sobie dzielnie, już nawet bez mojej komendy przesiada się na nawietrzną burtę, gdy mocniej powieje. Aby możliwie szybko dotrzeć do Pieczysk, lekko ostrzę w szkwałach, dzięki czemu na halsach zyskuję nieco wysokości.
Po ponad dwugodzinnej halsówce szczęśliwi, choć zziębnięci i przemoczeni, wpływamy naszą łupinką do upragnionej mariny. W tych niełatwych warunkach nasza omega spisała się bardzo dobrze, choć obawiałem się poważnej awarii przy tak leciwej i zaniedbanej łódce. Gdy dobijaliśmy do brzegu, znów uśmiechnęło się do nas Słońce. Widzę też, że Tacie wyraźnie poprawił się humor.
Po dobiciu sprawnie klarujemy jacht, zdajemy osprzęt bosmanowi i szybkimi krokami udajemy się na najbliższy pekaes do naszego „portu macierzystego”.
Ten krótki rejs był dla nas wielką lekcją pokory, oboje nauczyliśmy się respektu do sił natury oraz… dystansu do prognoz meteo. Ale dał też pozytywne emocje, albowiem przekonaliśmy się, jak wspaniałym akwenem do żeglowania i wypoczynku jest Jezioro Koronowskie, że można tu oddychać pełną piersią i delektować bliskością przyrody