Jak wszyscy wiedzą - po klubowych budynkach wzdłuż północnego nabrzeża Basenu Zeglarskiego im. Zaruskiego w Gdyni śladu już nie ma. Kluby „Gryf”, YKP, „Stal” oraz CWM ZHP wyprowadzono do prowizorycznych siedzib w kontenerach. Przyszłość rysowana jest jako świetlana i to niebawem. Otóż deweloperzy zbudują pięciokondygnacyjne luksusowe apartamentowce, których nabywcy/najemcy wezmą na siebie koszty utrzymania nowych siedzib klubowych, które będą w tych blokach ulokowane. Szlachetni udziałowcy tego przedsięwzięcia oczywiście o niczym innym nie marzyli jak o rozwoju bazy żeglarskiej w powiatowej Gdyni. Natomiast nie mogę powstrzymać się od przekazu, że obszar basenu pozostanie taki jak przed II wojną światową. Co o tym wszystkim myślą gdyńscy żeglarze jeszcze nie wiem. Tym razem nic mi się nie zwierzają. Swoje zdanie w tej sprawie natomiast przedstawia Andrzej Kowalczyk. Chyba nie stronniczo, bo to go akurat nie dotyka - mieszka naprawdę daleko.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
--------------------------------------
Drogi Don
Ghelamco wystawia na sprzedaż spółkę, do której wniesiono grunty po zniszczonych klubach żeglarskich. Czyli wszystkie piękne obietnice PZŻ, Chamery i w końcu Ghelamco właśnie są anulowane, szkoda, że wierzyliście. Na pewno kluby nie znajdą swoich siedzib w najbliższych latach, o ile w ogóle przeżyją w tych kontenerach. Tak to się załatwia sprawy.
Trochę dla przypomnienia: Już w czasie projektowania Gdyni te tereny przewidziano pod żeglarstwo. Na końcu powstał Dom Żeglarza Polskiego, nieukończony przed wojną, a obecnie wydział nawigacji. Po wojnie, po różnych perypetiach, gdzie tradycyjne kluby połączono w lidze przyjaciół żołnierza i ukradziono majątek, potem znowu wydzielono, potem stały się klubami przyzakładowymi itd...
W każdym razie na początku lat 70-tych, pod Operację Żagiel, rozpoczęto budowę siedzib klubów żeglarskich. Były one budowane głównie wysiłkiem ich członków, chociaż oczywiście z przyczyn formalnych przechodziło to przez "zakłady patronackie". W latach 80-tych teren, na którym stały, miał uchwałą Miejskiej Rady Narodowej przejść na własność klubów. Wbrew uchwale przeszedł w dzierżawę wieczystą Polskiego Związku Żeglarskiego. Nieformalnie jako rekompensata za Dom Żeglarza Polskiego. W latach 70-tych powstał projekt zbudowania takiego "domu" na działce, na której potem stał Cricoland, ale nic z tego nie wyszło.
I tak to się bujało do lat 90, kiedy okazało się, że grunta mają wartość. Pierwszy pod ostrzałem znalazł się klub PTTK Fregata, w którym działali tak zasłużeni żeglarze jak Juliusz Sieradzki (projektant łodzi Omega) czy Norbert Patalas. Miasto wywaliło Fregatę z ich siedziby i postawiło tam "bosmanat" (wcześniej zbędny). W latach 2000-2004 wykonano remont "mariny", ograniczając samodzielność klubów w dostępie do wody.
W latach 2005-2010 pierwsze podchody pod te działki zaczął robić prezes PZŻ Wiesław Kaczmarek (tak, ten Kaczmarek). W międzyczasie PZŻ sprzedał dzialkę "po cricolandzie", a pieniądze się gdzieś rozlazły. Kaczmarek wydał je na jakiś portal, który się potem zwinął. W rozmowach uczestniczyły też władze Gdyni, co zapoczątkowało zarówno uchwalenie planu dopuszczającego usługi turystyczne (w ramach których mieściły się hotele czy aparthotele, co nadawało działkom konkretnej wartości, kosztem działalności sportowej), jak również konkursu architektonicznego, z którego zresztą dziś niewiele wynika. W dodatku od początku lat 2000 niedozwolone były jakiekolwiek inwestycje budowlane czy przebudowy budynków, ale w zamian pozwolono na obrastanie terenu budami, co doprowadziło do tego, co doprowadziło.
PZŻ po różnych podchodach, od prób włączenia Pirelli Real Estate (polecam wyguglać Malma i Projekt Chopin), po drodze pojawiał się jeszcze w relacjach Dubieniecki i inni, w końcu powołał spółkę Nowa Marina, gdzie kluby dostały jakieś groszowe udziały. Na prezesa spółki mianowano Annę Stopkę, człowieka Ryszarda Krauzego, za dawnych czasów miejskiego urzędnika - polecam wyguglać. Ta kandydatura była nie do przyjęcia, więc wkrótce ją zmieniono. Spółka miała budować nowe obiekty, w których kluby miały dostać jakąś nieokreśloną publicznie przestrzeń.
Po kilku podchodach i nieudanym szukaniu finansowania inwestorem została firma Ghelamco, znana z inwestycji w budynki biurowe. Znalezienie inwestora dało pretekst do wyburzenia istniejącej infrastruktury żeglarskiej i zostawienia kupy gruzów. Prezes PZŻ deklarował nowe obiekty na mistrzostwa świata w żeglarstwie w 2027 roku, co już wtedy wydawało się skrajnie mało prawdopodobne. Ghelamco miało wielkie problemy z rolowaniem swoich obligacji, która to sytuacja najwyraźniej wpłynęła na zatrzymanie inwestycji w Gdyni.
Obecnie udziały w spółce wystawione są na sprzedaż.
W skrócie: żeglarze mieli siedziby, potem szacher-macher i Ghelamco sprzedaje spółkę, która dysponuje gruntami po siedzibach. Żeglarze siedzą w kontenerach, które w przyszłym roku powinny zniknąć, nie mają dochodów z wynajmu pomieszczeń i nie ma z czego wspierać działalności statutowej, w tym szkolenia dzieci i młodzieży.
Dawniej mówiono na taką sytuację, że kogoś wydymano bez mydła. Było coś, co przynosiło wielki pożytek mieszkańcom Gdyni, "Poziomka, coś miałaś, ale już tego nie masz".
Brawo władze Gdyni, brawo PZŻ i jego prezesi.
Za rok na tej kupie gruzów mają odbyć się Mistrzostwa Świata w żeglarstwie. KONIECZNIE trzeba się z nich wycofać. Przecież nawet porządnych wygódek do defakowania się nie ma, a opowieści, że pan Kosiorek zbuduje Narodowy Bosmanat Centralny do wiosny przyszłego roku, kiedy nawet finansowania nie przewidziano, to można w ciasny rulonik...
Pozdrawiam
Andrzej
To nie jest tylko opowieść o miejscu. To zapis cichego zanikania starego świata. Świata przystani, służby, rzemiosła, wspólnoty i pamięci. Świata, w którym wartość mierzyło się nie ceną gruntu, lecz ciągłością tradycji. Rzecz nie jest w budynkach. Odchodzą znaki. Gesty. Obyczaje. Dawne lojalności. Znika przestrzeń, w której człowiek uczył się odpowiedzialności, cierpliwości i szacunku do żywiołu. Gdzie nawiązywały się przyjaźnie, których nie kruszył czas.
Napełnia mnie pewnym smutkiem, że ten koniec nie ma dramatycznej formy. Nie przychodzi z hukiem. Przychodzi w ciszy nie do końca transparentnych uzgodnień nieco dziwnych zapleczy scenicznych - gdy na głównych deskach królują porywające wizualizację. Coraz jakby tańszy, gdy AI rośnie w siłę - ale ludzie niekoniecznie żyją dostatniej.
Nie wiem czy erozja wartości musi mieć dodatnią dynamikę. I przypomina mi się Miłosz (cyt. z pamięci).
Nie jesteś jednak tak bezwolny
Bo choćbyś był jak kamień polny
Lawina bieg od tego zmienia
Po jakich toczy się kamieniach...
Pozdrawiam cały Klan SSI.
T.L.
Najbardziej dziwi mnie ta dziwna lojalność środowiskowa. Mówimy ogólnikami: „prezesi”, „decydenci”, „ktoś”, „firma”.
Nie — za tą sytuacją stoją konkretne osoby.
Powiedzmy więc wprost:
Bogusław Witkowski — prezes Pomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego. Jakoś dziwnie nie pada jego nazwisko, a to on miał być „nadzieją”. Człowiek spoza żeglarstwa, który miał wnieść biznes, pokazać, jak się rozwija środowisko. No i pokazał — tylko nie tak, jak wszyscy oczekiwali.
Tomasz Chamera — też dobrze znana postać w tym układzie.
Do tego dochodzą komandorowie klubów i zarządy, które się na to zgodziły i firmowały te decyzje.
To nie jest bezosobowy proces. To są konkretne decyzje konkretnych ludzi.
Miałem okazję przez dwa lata być wiceprezesem, zastępcą Bogusława Witkowskiego. Kiedy zobaczyłem, w którą stronę to zmierza, podziękowałem. Nie chciałem przykładać do tego ręki ani być twarzą tego, co się tam dzieje.
Efekt jest dziś widoczny:
zamiast rozwoju żeglarstwa — deweloperka,
zamiast dostępności — coraz wyższe ceny,
zamiast miejsc dla ludzi — przestrzeń pod inwestycje.
I teraz konkrety:
Koszt miejsca w nowej marinie w Pucku to około 570–580 tys. zł za jedno miejsce cumownicze — i to ze środków publicznych.
Nawet jeśli część to dotacje — to dalej są pieniądze publiczne, które finalnie wszyscy spłacamy.
Dla porównania:
Gdańsk, Sobieszewo — Sol Marina: prywatna inwestycja, około 300 tys. zł za miejsce na własność.
Tam inwestor kupuje grunt, przygotowuje teren i jeszcze musi na tym zarobić.
I teraz pytanie: gdzie tu jest logika?
W Pucku — publiczne pieniądze i grunty Skarbu Państwa.
W Sobieszewie — prywatne pieniądze, pełne ryzyko inwestora.
To pokazuje skalę problemu.
Brak miejsc w jednej marinie — jak w Gdyni — oznacza jedno: wzrost cen wszędzie indziej.
To dotyka nas wszystkich, niezależnie od tego, gdzie stoimy.
Dlatego przestańmy mówić „oni”.
Mówmy nazwiskami.
Bo za tą sytuacją stoją konkretni ludzie i konkretne decyzje.
Jacek