DALEKIE KRESKI NA WODZIE
z dnia: 2009-03-19
Wiele lat w trudzie poświęciłem ośmieszaniu "kresek na wodzie". Oczywiście chodziło o wbicie decydentom do główek że "kreski na wodzie", to skończone bałwaństwo, bo im bliżej brzegu - tym niebezpieczniej. I teraz, kiedy jest już po wszystkim okazuje się, że jednak kreski to powód do dumy. No, trochę inne. Nasz brytyjski kapitan Mariusz Główka samochcąc przysyła mi wydruk z odbiornika nawigacyjnego, który dokumentuje gdzie to on ostatnio halsował (jeśli halsował). Jeszcze trochę, a pojawią się ciągoty do plombowania chartplotterów niczym tachometrów w ciężarówkach :-))) Oczywiście na ewentualny użytek Delegata Ministra. A tak wogóle to wycieczka równie ciepła, co droga.
Tu klik za żeglugę bałtycką na małych łódeczkach 
Zyjcie wiecznie ! Don Jorge
______________________________________ Drogi Jerzy, W tym roku, już w drugiej połowie lutego rozpocząłem sezon żeglarski. Tym razem na zachodniej półkuli, bo żeglowałem przez dwa tygodnie po Karaibach.Oczywiście nie sam, bo pływaliśmy w dwie załogi, na dwóch katamaranach Bahia 46. Na naszej, „Anniela”, było sześć osób: Marysia, Mirka, Monika, Tomek, Włodek i niżej podpisany. Na drugiej Bahii 46 było 9 osób pod dowództwem Marka, kumpla, z którym pływam od kilku lat.
Nasz rejs rozpoczynaliśmy z Le Marin na Martynice. Przylecieliśmy z Paryża w sobotę 14 lutego i już na początek mieliśmy spory problem, bo na Martynice trwał strajk generalny. Sklepy zamknięte, brak paliwa na stacjach benzynowych i kolejki samochodów przed nimi, zupełnie jak za komuny w Polsce.

Załoga - trzeci od lewej - autor korespondencji
Odebraliśmy nasze jachty prawie bez paliwa, prawie bez gazu w butlach i bez paliwa do silników do pontonów. To spowodowało, że musieliśmy zmienić nasze pierwotne plany i przeskoczyliśmy do najbliższego miejsca na St. Lucii, do Rodney Bay Marina, aby zatankować jachty. Problem w tym, że w Rodney Bay Marina zaczęła tankować połowa jachtów z Martyniki i tu paliwa też nie było. Przywieźli dopiero następnego dnia.
Ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do Soufrerie, dawnej stolicy St. Lucii. Postaliśmy to dwie noce, bo zrobiliśmy sobie wycieczkę do wulkanu (cały czas czynnego) i do gorącego wodospadu. Ponoć każdy, kto się tam wykapie jest od razu 10 lat młodszy. Niektórzy po kilka razy wchodzili do wody.

Jacht
Z Soufrerie pożeglowaliśmy na St. Vincent, do Blue Lagoon na południowym krańcu wyspy. Jest to ponoć jedno z najbezpieczniejszych kotwicowisk na St. Vincent. Dostęp do laguny jest możliwy przez dwa przejścia w rafie. Jedno oznakowane, ale płytkie, a drugie głębsze, ale węższe i nieoznakowane. Ponieważ nasze zanurzenie było niemal takie jak głębokość wody w pierwszym z wejść, to zamierzałem skorzystać z głębszego przejścia. Szybko zmieniłem zdanie, gdy ujrzałem kotłującą się falę przybojową na rafie. Bałem się, że zwyczajnie mogę nie trafić w przejście, a nie chciałem ryzykować nadmiernym zaufaniem do GPSa. Udało się wejść płytszą drogą. Nasz katamaran miał zanurzenie 1,6 m. Echosonda pokazała 1,5 m, ale przeszliśmy. Musieliśmy zatankować wodę i stanęliśmy w marinie. Koszt postoju to 138 ECD plus 35 ECD za wodę, plus 25 ECD za podłączenie do prądu. ECD to Eastern Carribean Dollar (1 USD = 2,65 ECD).
Następnego dnia po raz drugi zmienialiśmy pierwotne plany, ponieważ w Marka katamaranie padł rozrusznik w jednym z silników. Armator skierował nas do serwisu w Port Elizabeth na Bequii, szczęśliwie niedaleko, bo tylko 10 mil. Tam też zostaliśmy na noc. Marek stał przy samym porcie i czekał na rozrusznik, a my na kotwicy przy pięknej plaży, na której wylegiwaliśmy się przez cały dzień. Pięknie, plaża w lutym.

Kolejny dzień, to Grenadyny, a dokładniej przeskok na Tobago Cays. Miejsce o tej nazwie to park narodowy. Są tam cztery niewielkie wysepki otoczone rafami. Od Atlantyku jest spora rafa Horseshue Reef, a od pozostałych stron pojedyncze rafy z kilkoma przejściami. Trzeba było uważać, aby właściwie nawigować.
Tobago Cays to miejsce, gdzie Karaiby wyglądają dokładnie jak z pocztówek. Wyspa, plaża, turkusowa woda o różnych odcieniach i palmy kokosowe, spod których można było zbierać kokosy. Oczywiście nic za darmo. Skasowano nas na kwotę 105 ECD za postój na boi (45 za jacht i po 10 za osobę), ale było warto. Staliśmy tam prawie półtorej doby i korzystaliśmy z plaży, z możliwości nurkowania na rafie i podziwialiśmy otaczająca nas przyrodę.
Niestety prognoza pogody zapowiadała silny wiatr w nocy ze wschodu, a my od Atlantyku byliśmy osłonięci tylko rafą. Zdecydowaliśmy na noc przeskoczyć za Mayreau, wyspę odległą o zaledwie kilka mil. Rzeczywiście w nocy wiało. Nawet za wyspą mieliśmy w szkwałach do 35 węzłów.
W Mayreau spędziliśmy kolejne dwie noce, bo miejsce było równie piękne. Dzień spędziliśmy na totalnym leniuchowaniu. Podobnie jak na Tobago Cays korzystaliśmy z plaży i z możliwości nurkowania. Niektórzy z nas kolorem skóry zaczynali upodabniać się do miejscowych.
Po dwóch nocach spędzonych na Mayreau popłynęliśmy na Mustique. To wyspa dość ekskluzywna, bo tu ma swe posiadłości wielu znanych i majętnych ludzi, co znajdowało odzwierciedlenie w cenach. Cumowanie na boi to … 200 ECD.
Spędziliśmy ledwie dwie godziny na Mustiqe, bo okazało się, że nie ma tu możliwości zatankowania wody, a my jechaliśmy już na rezerwie. Poszliśmy do znanego nam Port Elizabeth na Bequii. Tu boja była znacznie tańsza, 50 ECD. Rano zawinął tu również Marek, bo miał tym razem niesprawny alternator.
Wodę tankuje się z tankierki, która podpływa do burty. Jedyne 1,05 ECD za galon (3,78 l). Odeszliśmy z Port Elizabeth lekko po południu mijając po drodze w zatoce „Sea Cloud” piękny żaglowiec, znany miłośnikom „tall ships”.
Mieliśmy w planie 20 milowy przeskok na St. Vincent do Cumberland Bay. Po wyjściu na otwarte morze zobaczyłem bardzo brzydka chmurę nadciągającą znad Atlantyku. Zrzuciliśmy grota, zostawiliśmy kawałek genui i odpaliliśmy silniki. Po kilku minutach potężnie lunęło i widoczność spadła do 300 m. Wiało solidnie, wiatromierz zanotował 43 węzły. Ale to nie było straszne dla naszego 14 metrowego katamaranu.
W Cumberland Bay stanęliśmy godzinę przed zmrokiem. To bardzo miła, kameralna zatoka, zdawałoby się na końcu świata. Cisza i spokój. Wieczorem zdecydowaliśmy się iść na kolację do Beni’s Bar położnego przy samej plaży. Beni uraczył nas wspaniałą rybą i homarami. A do tego miejscowi muzycy rozpoczęli koncert na kotłach. Było wspaniale.
Rano podarowałem Beniemu banderkę Samosteru, którą zdjąłem spod salingu. Był wyraźnie zadowolony i natychmiast powiesił ją przed barem pośród innych bander i banderek.
Kolejny dzień i kolejny przeskok, tym razem 40 mil do Marigot Bay na St. Lucii. Ta zatoka to przeciwieństwo poprzedniej. Marina, dużo jachtów na bojach, wokół sklepy i restauracje. Wieczorem wszyscy, czyli obie załogi, poszliśmy do jednej z nich i obaj z Markiem zostaliśmy miło zaskoczeni. Tu skiperzy nie płacą. A ja niepotrzebnie zjadłem wcześniej obiad na jachcie.
Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do deszczowego lasu. To była prawdziwa dżungla ze zwisającymi lianami. Później namówiliśmy naszego kierowcę na wizytę w wiosce rybackiej nieco na południe od Marigot Bay, a na koniec z kolei kierowca namówił nas na wizytę w fabryce rumu, gdzie mieliśmy możliwość degustować różne trunki.
Na koniec dnia przestawiliśmy się do odległej o 8 mil Rodney Bay. Następnego wieczora mieliśmy dotrzeć do Le Marin i chcieliśmy jeszcze do południa poleniuchować na pięknych plażach Rodney Bay.
Wróciliśmy do Le Marin zgodnie z planem. Na Martynice wszystko po staremu. Mimo upływu dwóch tygodni, strajk trwał nadal. W ciągu dwóch tygodni zaliczyliśmy 82 godziny żeglugi i pokonaliśmy 290 mil. Nie są to imponujące liczby. Ale na Karaiby nie jedzie się robić mile. Tu obcuje się z niesamowitą, egzotyczną przyrodą i nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że moglibyśmy zrezygnować z plaż, nurkowania i zwiedzania, tylko po to, aby tłuc mile. Wrócimy tu jeszcze.
Mariusz Główka
-------------
|