NAJWIĘKSZA PRZYJEMNOŚĆ
z dnia: 2009-04-27
Podrzucam wam takie historyczne opowiadanko z subiektywnymi wnioskami. Ci, którzy mnie lepiej znają - napewno już słyszeli powiedzonka: "jak umiesz rachować do dwóch - rachuj na siebie", "nie wszystko co robią amatorzy jest bez sensu", "weźcie sprawy w swoje ręce" ..... Sens tytułu newsa najlepiej rozumieją ci, którzy sami budowaqli swoje łódki.
Otóż wyłożę wam ów sens na przykładzie perypetii z moimi locyjkami. Gdy pojawiły się w "ŻAGLACH" (tych na gazetowym papierze) moje pierwsze portowe "michałki" - dostałem sporo listów od zainteresowanych. Nasunęło mi to pomysł wydania pierwszej żeglarskiej locyjki. Już na samym wstępie dowiedziałem się, że nie wolno mi użyć podtytułu "Locja dla żeglarzy", jako że słowo "locja" ustawowowo, na prawach wyłączności przypisane jest Biuru Hydrograficznemu Marynarki Wojennej. No cóż - trzeba było zamienić je szerszym terminem - "przewodnik". Trochę czasu zajęło zainteresowanie moim "dziełem" bardzo ważnego gdańskiego wydawnictwa zajmującego się sprawami morskimi. Prawdę mówiąc - wymuszone moją nachalnością zainteresowanie - było mizerne. Wpisano mnie do "planu wydawniczego" na następny rok i skierowano do odpowiedniego redaktora. Była nim bardzo sympatyczna, subtelna, aczkolwiek nieco apodyktyczna pani o ogromnym doświadczeniu tematycznym, jak i w postępowaniu z takimi, jak ja grafomanami. Już na pierwszym przesłuchaniu zostałem ... zjedzony. Pani redaktor z uśmiechem pokazywała mi kolejne, na czerwono podkreślone akapity. - Panie Jerzy - tak się nie pisze przewodników. To nie jest pański pamiętnik, narrator ma być bezosobowy, a pan tu poucza czytelników jezykiem biblijnym. "tego nie róbcie", "tego unikajcie", "na to zważajcie" - no i te słówko - "musicie". A wogóle to przewodnik nie jest własciwym miejscem dla subiektywnych ocen, a tym bardziej - dygresji. - Pani redaktor, ale chyba jeszcze nie wydano normatywu jak należy pisać przewodniki, a tym bardziej tak specjalistyczne jak żeglarskie, nurkowe, narciars.... - Panie Jerzy - od tego to ja jestem redaktorem, aby pana tego nauczyć. - Słucham, słucham, ale .... - Panie Jerzy - niech pan patrzy na ten akapit - co to jest? to jest dowcip ? - Panie Jerzy - to jest żałosne - skreślamy. Albo tu - co to ma do rzeczy ? Zgodzi sie pan - skreślamy ? Albo tu - takich rzeczy nie pisze się w przewodniku - skreślamy. O, niech pan spojrzy tu - to jest pana subiektywna opinia i jakim prawem wciska ją pan czytelnikowi ? Skreślamy! .... - Pani redaktor - to przepraszam bardzo, nieśmiało pytam - to kto w końcu pisze tę książkę? Pani czy ja? - Oczywiście, że pan, ale niech pan skorzysta z życzliwej rady profesjonalistki. - Pani Redaktor, doceniam, rozumiem, ale chciałbym obronić choć krzytynę mojej osobo.... - No to bierzmy się do roboty Trzeba przyznać, pani redaktor była profesjonalistką, na robocie się znała, nie takich jak ja prostowała i to bardzo kulturalnie i sympatycznie. Do tego była całkiem, całkiem atrakcyjna... Po kilku tygodniach zmagań (bo książeczka i tak szczupła - chudła w oczach) - redakcja literacka była skończona. Czekała mnie kolejna, czyli techniczna.
Zanim do niej doszło zostałem zaproszony aż do dyrektora naczelnego wydawnictwa. Gabinet jak się patrzy, ale bez palmy - siadamy przy "jamniku". - Panie Jerzy, słyszę, że tekst już jest po obróbce. - Tak jest panie dyrektorze - ciężko było, ale już po bólu. - Słyszałem, słyszałem - podobno był pan niezmiernie oporny. A więc czas, abyśmy rozpoczęli robienie okładki. - Jak to okładki ? Przecież dostarczyłem okładkę Uśmiech pobłażania na dyrektorskim obliczu. - Panie Jerzy - porozmawiajmy poważnie. Ma pan to szczęście, że ma pan do czynienia z profesjonalistami. Ja też jestem grafikiem. To co pan przyniósł - to jest "jak mały Jaś" sobie okładkę wyobraża. My tu mamy kilku bardzo zdolnych grafików, którzy zrobią okładkę jak się patrzy. - Ale koncepcja - mapa morska, jako tło, woda niebieska, ląd żółty .... - Panie Jerzy - my już najlepiej wiemy jak powinna wyglądać okładka pańskiej książeczki. - Hmm - panie dyrektorze, nie wiem czy pan wie, że właśnie napisałem o p e r ę - Słucham ??? - Tak panie dyrektorze - napisałem libretto, muzykę i choreografię.... i albo ta książka pójdzie z moim tekstem, moimi rysunkami i moją okładką, albo ... żegnam - Hmm, no to żegnam, ale jeszcze przyjdzie pan do nas.

Okładki do których przywykli Czytelnicy "Kartografia plakatowa", którą zaakceptowali nawet graficy "ŻAGLI"
Nie przyszedłem do dziś, a wydawnictwo ... upadło. Znalazłem sobie wydawcę, którego szanuję, do którego mam zaufanie, ba - z którym się przyjaźnię i vice versa. Nikt mnie nie poucza, nie ingeruje, najwyżej poprawi byka ortograficznego. A wiecie dlaczego ? Bo już jestem Kaszebą naturalizowanym :-)))
Ale z tą pierwszą książką, która ukazała się "bez skresleń" z moimi rysunkami i z moją okładką było jeszcze sporo kłopotu. Musiałem wziąć sprawy w swoje ręce i cały czas liczyć .... tak, tak - na siebie. A więc najpierw trzy opinie merytoryczne. Dwie okazały się być pozytywnymi. Trzecia - ogoliła mnie do gołej skóry. Póżniej dowiedziałem się, że ten trzeci opiniodawca od kilku lat opowiadał dookoła, jak to wkrótce on napisze locyjkę tego rejonu. Piąte powiedzonko : "punkt widzenia ....". Później na ten temat musiał się wypowiedzieć zarząd okręgowego związku. Wypowiedział się pozytywnie, i to nie dlatego, że przyjaźniłem się z prezesem, a wśród zarządu OZŻ w Gdyni uchodziłem za awanturnika. Przyszła kolej na gdański Urząd Kontroli Prasy itd, który po przejrzeniu "makiety" udzielił warunkowej "promesy". Wtedy zjawiłem się w stolicy, konkretnie w Ministerstwie Kultury, w Departamencie Książki. Tam już wiedzieli o sprawie dzięki redaktorowi naczelnemu "ŻAGLI" - Leszkowi Błaszczykowi. To mi pomogło, nawet zostałem zaproszony abym usiadł. Po kilku dniach do Gdańska dotarł dokument - "Przydział papieru". Nie mogłem działać jako osoba fizyczna. Potrzebny był "słup". Okazał się nim mój macierzysty jachtklub, w którym komandorem był naczelny biura projektowego, a ja pełniłem funkcję wicekomandora d/s organizacyjnych. I znowu Urząd Kontroli Prasy. Szczęście sprzyjało - cenzor Wojciech P. pracował kiedyś w tym samym co ja przedsiębiorstwie budowlanym. Na "makiecie" pojawiła się pieczęć "ZGODA NA DRUK" Próby druku w prawdziwej drukarni przy ulicy Trzy lipy Nr 3 - nie powiodły się. Oferowano termin ... za dwa lata. Wspomniane już biuro projektowe, w którym właśnie podjąłem pracę miało pracownię wykończeniową. A w pracowni elektroniczną maszynę do pisania, "romayora" i kilka pań - introligatorek. Książeczka gotowa - znowu spacer do cenzora, przekartkowanie i upragniona pieczęć "ZGODA NA ROZPOWSZECHNIANIE". Opera szła do Czytelników. Przy kolejnej było już łatwiej - ścieżki były przetarte, znajomości zawarte.
Moje perypetie z panią redaktor "pierwszego podejścia" miały niedawno niespodziewany finał. Podczas uroczystości wręczania Nagród "Rejs Roku" podeszła do mnie pani w średnim wieku. - Panie Jerzy, pan mnie napewno nie pamięta... nazywam się ... - Ależ pamiętam doskonale. Dużo mnie pani wtedy nauczyła - Tego nie wiem, ale przez te lata bacznie pana poczynania obserwuję. Przynajmniej przeglądam pana kolejne książki i muszę się przyznać, że wtedy, przed laty, kiedy zabrałam się pracy redakcyjnej tamtej pańskiej książki - nie zdawałam sobie sprawy, że na moich oczach powstaje nowy "gatunek literacki" :-))) Wygląda na to, że przyzwyczaił pan do siebie sporą grupę czytelników. - Przyzna pani, że - tolerancyjnych Oboje uśmieliśmy się szczerze.
Gdy teraz patrzę na te moje rysunki i okładki, to mam do nich sporo zastrzeżeń. Napewno widzę więcej kiksów i nieprofesjonalności ci niż większość moich Czytelników. Bo tych moich Czytelników interesuje zupełnie co innego. Po pierwsze - wszyscy oswoili się już z żółto-niebieskimi okładkami, z tytułami "Times New Roman Bold" i podtytułami "Cupertino". Po drugie - z manierą rysunkową mapek, z którymi pogodzili się nawet graficy "ŻAGLI". Po trzecie - z owym "biblijnym stylem", dowcipasami, dygresjami i subiektywnościami. Oczywiście nie wszyscy - miesięcznik "Rejs" zjechał kiedyś przegadanie "Polskich portów otwartego morza". Czytelnik, którego nazwiska już nie pamietam, w mailu do mnie interesował się stanem mego zdrowia : "Panie Jerzy, czy panu nic nie dolega? Kupiłem "Sund", a tam nie ma nic o babach - tylko z osi nabieżnika w kolejną i dalej między pławy".
Zostałem kiedyś, jako amator zaproszony do udziału w konferencji nawigacyjnej w Akademii Marynarki Wojennej. Miałem referaracik na temat odrębności przewodników żeglarskich w odniesieniu do locji profesjonalnej. Wesołość na sali wywołał temat "nawigacji pocztówkowej" czyli pożytku wynikającego z zamieszczania fotografii lotniczych portów. Przekonywałem, że na pocztówce niejednokrotnie widać więcej niż na szczegółowym planie, a zwłaszcza, że widać kolory i ... skalę wielkości. To była wtedy nowość. A wiecie dlaczego? Bo fotografie lotnicze traktowane były jako "tajemnica wojskowa". Ale nie o tym chciałem napisać (dygresja). Po konferencji był bankiet "stacjonarny". Siedziałem wśród kartografów z ogromna ilością złota na rękawach. Nie powiem - ciągneli zdrowo. I wtedy, jeden z nich - bardzo sympatyczny w średnim wieku - pochylił się ku mnie: - Wie pan, te pocztówki, to rzeczywiście fajna sprawa, bardzo to lubię, bo od razu mogę sie zorientowac czy wewnątrz wyjdzie mi cyrkulacja i czy zdołam zrzucicić szmaty - Rozumiem, że chodzi panu o żagle - Pardon, tak, oczywiście, tak mi się wymsknęło, chyba już troche za dużo wypiłem. Ale wie pan - u pana z tą kartografią - nietęgo. Ignoruje pan niemal wszystkie normy oznaczeń i symboli - Ma pan racje komandorze, tyle że ja, w odróznieniu od pana - te książeczki robię nie dla profesjonalistów. Robię je dla entuzjastów morza, którzy są lekarzami, prawnikami, krawcami, piekarzami, poetami i ... żeglują amatorsko. Dla nich trzeba rysować coś, co jest skrzyżowaniem mapy i plakatu, trzeba odcedzić nieprzydatne im informacje, trzeba aby oznakowania były odczytywane intuicyjnie i natychmiast, nawet w mdłym oświetleniu latarką. - No to za amatorów !
I gdy dalej patrzę na te okładki, to sobie myślę - nieważne czy to ładne, czy modne - ważne że stale, stale takie same, ważne że z daleka rozpoznawalne i to na pierwszy rzut oka. I całe szczęście, że nie robiły je jakieś dyplomowane plastyczki. Moje książki, moje rysunki są właśnie takie jak ja. Niekonsekwentne, bałaganiarskie, zaczepne, ale ... własne. I wielu z was już się do tego przyzwyczaiło. Muszę się wam zwierzyć - w życiu dużo mi się udało, a to właśnie dlatego, że skutecznie upierałem się przy swoich pomysłach.

Mody się zmieniają - ale tradycja, wizerunek jest najważniejszy. Popatrzcie na winetki tytułów "Intenational Herald Tribune", "Time", "Berliner Zietung". Nie wiem, czy kiedyś, dawno, dawno temu robili je zawodowi plastycy, bo to akurat nie jest ważne. Czy dziś komuś do głowy przychodzi je zmieniać na "profesjonalniejsze", czy "modniejsze"? Tradycja o dziwo jest bardzo praktyczna. I dlatego partie konserwatystów mają się tak dobrze. I oby miały się coraz lepiej. I obyśmy umieli rozróżniać rzeczy ważne od nieważnych. I oby krytycy nie okazywali się eunuchami (co to wiedzą jak, ale sami nie potrafią).
Żyjcie wiecznie ! Don Jorge _____________________ Będę wdzięczny za klik rankingowey tu: 
|