EDWARD ZAJAC SAMOTNIE
z dnia: 2009-07-12
Edward Zając (NCwU) nadal daje dobry przykład. Niedawno byłem na Mazurach i serce żal mi ściskał, kiedy patrzyłem ile to wspaniałych trzydziestoparostopowców marnuje się między oczeretami. "Holly" to przy nich łódeczka wędkarska. Mam dziś dla Was spóźniony news, ale nie było mnie w domu od 29 czerwca. Nadrabiam zaległości. Przepraszam Edwarda i Czytelników. Żyjcie wiecznie ! Don Jorge __________________
Drogi Jurku Nie mogłem wcześniej wziąć się za opis rejsu, bo wpierw musiałem przygotować do druku swoją gazetkę. Mam też problemy z silnikiem – zwykle dość kapryśny, teraz wysiadł na dobre. A że jest umocowany w studzience tak, że aby go wyjąć muszę jacht postawić na lądzie, więc kłopot dodatkowy. Ed.
REJS DO KAPPELN Kappeln, małe miasteczko w zachodniej części Morza Bałtyckiego, blisko duńskiej granicy, jest od kilkunastu lat partnerem Ustki. Ponieważ jest to port, więc naturalne, że brałem pod uwagę dotarcie tam drogą morską, na HOLLY i jak zwykle samotnie.
Pogoda w tym roku kapryśna: zimno, wiatry zmienne. W niedzielę 7 czerwca wiatr wieje z kierunków wschodnich i w/g prognozy ma tak być trzy doby. Wypływam przed południem.
Jak zwykle, staram się oddalić od brzegu, a po minięciu Jarosławca nawet schować się za horyzontem. Tutaj mała szansa na wplątanie się w rybackie sieci. Wiatr z baksztagu i genua daje dobrą prędkość. W nocy mijam Kołobrzeg a w dzień Zatokę Pomorską, bez widoczności lądu, bo kieruję się na Gedser, południowy cypel duńskiej wyspy Falster.. Widzę ją zamgloną z odległości kilku mil koło ósmej rano we wtorek.
Z Gedser kieruję się na most łączący wyspę Fehmarn z lądem. Wzrastający wiatr zmusza do refowania genui, a mimo to nadal płynę ok. 5 węzłow. Przy okazji refowania wyrywa się bloczek umocowany do podstawy stójki relingu. Późnym popołudniem wiatr słabnie. Do mostu docieram koło 17, przy słabym wietrze i słonecznej pogodzie. Pod pełnymi żaglami kurs prosto na wejście do Schlei.
 Niestety, wiatr coraz słabszy i muszę zrzucić telepiącego się grota. Niespodziewanie dostaję telefon, że klubowi koledzy, którzy pojechali kupować jacht w Holandii, są już po naszej stronie Kanału Kilońskiego. Dobrze byłoby spotkać się, ale wiatr znowu obudził się i nadrabia zaległości, dodatkowo kropiąc deszczem. Autopilot piszczy i przestaje działać. Po włączeniu świateł powód jasny: akumulatory siadły. Wyciągam potężny, akumulatorowy reflektor i ciepło ubieram się. Czeka mnie ciężka noc: niczym widmo, bez świateł, muszę przepłynąć Zatokę Kilońską. Rano na horyzoncie widzę ląd. Mijam boję podejściową i dawną bazę Bundesmarine, teraz przerabianą na luksusową marinę z jachtami cumującymi prawie u progu apartamentów. Jeszcze trochę i mijam wejście. Płynę na silniku i żaglu, mijając spore mariny i całkiem małe przystanie „przydomowe”, na kilka jachtów. Szlak przypomina raczej rzekę lub długie, kręte jezioro i po którymś zakręcie zwijam genuę; sama dawała mi napęd przez 80 do 90 % trasy.

Szlajać się - znaczy żeglować po Schlei
Kappeln ukazuje się po ostrym zakręcie, po przepłynięciu ok 5 mil. Właściwie budynków z tej pozycji prawie nie widać – przesłania je las masztów z kilku marin oddzielających miasto od wody. Płynę wzdłuż pomostów przy wzrastającym wietrze szukając wolnego miejsca. Zawracam i w pierwszej marinie, przy pomoście dla największych jachtów, jest zielona plakietka. Samotne dobijanie przy mocnym wietrze nie jest łatwe, ale między palem i pomostem jest rozpięta lina. Obkładam na palu cumę rufową i wzdłuż liny przeciągam się do pomostu. Mimo wszystko wymaga to sporego wysiłku. Po zacumowaniu i podłączeniu prądu muszę przebrać się w suche ciuchy. Jest godzina jedenasta, a więc od wypłynięcia z Ustki minęły równo trzy doby.

s/y "Holly" - rozmiar łódki wędkarskiej
Hafenmajster pobiera opłaty od 8 do 8,30 rano i od 18 do 18,30 wieczorem. Mam więc trochę czasu. Coś ciepłego do zjedzenia i ruszam do odległego o ponad kilometr miasta. Zaglądam do kolejnych marin, wchodzę do żeglarskich sklepów czy na plac sprzedaży używanych jachtów. Najwięcej wolnych miejsc do cumowania jest w gościnnej marinie miejskiej. Być może ceny tu najwyższe, a może nie jest przyjemnie stać przy deptaku, gdzie tłumy obserwują każdy twój ruch. Sądzę, że HOLLY wzbudziła by zainteresowanie; po prostu nie ma tu tak małych jachtów żaglowych. W marinie gdzie stoję (Henningsen & Steckmast) 80% jachtów to wielkość od 9 do 12 metrów. Po 10% dałbym na mniejsze, od 7 do 9 i na większe, powyżej 12 metrów. Tylko raz widziałem jacht mniejszy – Carinę płynącą pod silnikiem.
Za postój jachtu do 7 m. płaci się 9 euro, prysznic żetony pi 1 euro. Woda i prąd na kei w cenie postoju. U hafenmajstra można kupić drobiazgi i wymienić butlę z gazem na pełną (jednak gwint :niemiecki).
W Kappeln sztorm zatrzymał mnie 4 doby, ale postój niczym na jeziorze; wiatr gwiżdże na masztach i linach, ale woda gładka i nawet wiosłowe skify mogą trenować.
Wreszcie w niedzielę rano prognozy pomyślniejsze - wypływam o siódmej na żaglach. Na morzu spokojniej niż się spodziewałem: słaby wiatr, fala, a raczej rozkołys po sztormie, też dość łagodny. Kieruję się na wschód. Po południu mijam Langeland a wieczorem po prawej burcie ukazują się wiatraki wyspy Fehmarn. Płynę poza autostradą, ale i tutaj statków nie brakuje. W końcu wykorzystuję przerwę w ruchu i przepływam na drugą stronę, pod wybrzeża duńskie. Z deszczu pod rynnę - przeciąłem trasę kilku promów, które bez przerwy kursują między Danią a Niemcami. Jak tramwaje.
Wtorkowy ranek zastaje mnie na trasie do Rugii. Wiatr słaby, nie przekracza 3-4 B, niekiedy całkiem zanika. Pojawia się nawet słońce. Pod wieczór okrążam Półwysep Jasmund. Wiatr osłabł i nic nie wskazuje, aby nastąpiła jakaś zmiana pogody. Zostaję na noc na kotwicy.
Środa. Budzę się o świcie, razem z wędkarzami i małymi kuterkami przepływającymi obok. Poranne zamglenie przechodzi po paru godzinach. Grzeje słońce, ale wiatr coraz silniejszy. Refuję genuę raz, później jeszcze raz zmniejszam ją do rozmiarów żagla sztormowego. Mimo to w pełnym baksztagu płynę 5 węzłów. Mija mnie jacht idący ostro na wiatr. Zarefowany grot, maleńki fok. Niesamowity widok ich rozradowanych twarzy, gdy jacht przebijał się przez fale niczym okręt podwodny. Pozdrowienia i nawet nie udało mi się zrobić zdjęcia - musiałem uważać aby nie stanąć burtą do fali.
Gdy zbliżam się do Świnoujścia, niespodziewanie dzwoni Piotr Stelmarczyk (organizator regat UNITY LINE). Nie wiedział, że jestem w rejsie. Pyta o szczegóły, o godzinę wpłynięcia do portu; coś tam szykuje. I rzeczywiście: w Marinie Północnej czeka nie tylko pracownik pomagający przy cumowaniu, ale i ekipa TV Świnoujście. Dodatkowo zwalniają mnie z wszystkich opłat.
Wypływam następnego dnia rano z postanowieniem, że poprawię swój zeszłoroczny rekord trasy Świnoujście - Gdańsk. Startuję przy silnym wietrze, 4-5 B. Po południu wiatr jednak słabnie, pojawia się zamglone słońce. Chwilami wiatr całkowicie zanika i nawet pojawiają się podmuchy ze wschodu, prosto w nos. Budzi się dopiero w nocy, aby w dzień osiągnąć w podmuchach nawet 7 B. Znowu refuję genuę do sztormowych rozmiarów. Parę razy dzwoni Stelmarczyk z prognozą i innymi wiadomościami. Łączę się z Darłowem i uzyskuję fatalną wiadomość; poligon zamknty!. Zmienia kurs na północny aby opłynąć poligon, ale ostatecznie rezygnuję; kilka godzin stałem już w ciszy, teraz te dodatkowe mile ... Zawracam do Darłówka.
Jest informacja, że między 2 a 5 w nocy można płynąć przez poligon. Cumuję więc przy Bosmanacie, przed mostem. Niestety, fala tłucze niemiłosiernie. W pewnej chwili pęka cuma rufowa, jacht odchyla się i następna fala zahacza wystającą przed dziób latarnią o nabrzeże - zostaję bez świateł pozycyjnych. Most jak raz otwarty - silnik i uciekam za most, gdzie zresztą falowanie niewiele mniejsze.
O pólnocy uruchamiam silnik, aby podpłynąć pod Jarosławiec i przeskoczyć ten poligon. Niestety, w awanporcie silnik nagle staje. Wiatr prosto w nos. Rozwijam szybko genuę, ale na zwrot już mało miejsca. Dobrze, że to duży odbijacz otarł się o nabrzeże, a nie burta. Płynę w kierunku mostu i przez radio proszę o awaryjne otwarcie - bez skutku. Staję więc znowu przed mostem. Tym razem na cumy przeznaczam nową, grubą linę kotwiczną - wytrzymała!
Rano udało się uruchomić silnik, więc natychmiast wypływam na to okrążanie poligonu. Po kilkunastu minutach silnik zdechł ostatecznie - dalej tylko żagle. Staram się płynąć szybko, aby być w Ustce przed wieczorem - przecież nie mam ani świateł pozycyjnych, ani silnika. Jednak wiatr kaprysi i zaczyna dmuchać mocniej dopiero wówczas, gdy robię zwrot na południe, w kierunku Ustki. Dmucha południowo - zachodni około 5 B, więc muszę iść ostro do wiatru na zarefowanych żaglach. Tak też wpływam do portu. W awanporcie całkowicie roluję genuę. Aby jednak stanąć w Basenie Węglowym, muszę się tam przeholować przy pomocy kolegów: drzewa zasłaniają wiatr, który i tak by wiał prosto w dziób. Staję, jak poprzednio, przy ROMUSIU. Jest godzina 21 w piątek, 19 czerwca. Neptun znowu pozwolił cało wrócić do portu po przepłynięciu 607 Mm. Dla statystyki – 175 godzin pod żaglami, 4 godziny na silniku, 119 godzin postoju w portach. To najdłuższy z moich samotnych rejsów. Edward Zając _________________________
klik dla dzielnego skippera 
|