ŚWIETNY REJS CYGANKI
z dnia: 2009-07-15
Takie rejsy mnie cieszą szczególnie, takie rejsy podpierają moją "misję" - pokazywania uroków żeglugi morskiej, a bałtyckiej w szczególności. Jacht nazywa się "La Gitana" co w tłumaczeniu z pięknego języka Cervantesa znaczy - "Cyganka". Fotki oglądam z zaintersowaniem (niestety ilośc ich musiałem zredukować). Na każdej fotce odnajduję znajome miejsca. Choćby na tej z Klintholm.
A teraz kilka słów o jachcie: dane techniczne "Cyganichy": LOA - 8,5m, B - 3,24m, zanurzenie 1,35 m, slup, powierzchnia żagli - 38,8 m2, wyporność 4,5 T, backdeck, konstruktor Robert Das, Stocznia: Veha Jachtbouw Nederland B.V., typ: Sander 85, Rok budowy 1976, silnik: Bukh Diesel DV 24 ME: 17,7 kW, materiał kadłuba - stal.
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
___________________________
Ryszard Rakower - skipper i autor meldunku
To był świetny rejs. Najpierw popłynęliśmy do Świnoujścia aby stamtąd wystartować do Lohme (taki mały, uroczy porcik na Rugii), ale Matka Natura postanowiła sobie z "lekka" pokrzyżować plany bo nieustannie, od nie pamiętam już jak długiego czasu, wiało ze wschodu. Sytuacja nieco anormalna, ponieważ w naszym regionie geograficznym dominują kierunki zachodnie, przynajmniej jeżeli chodzi o wiatry. Po drugie, ta sama Mamunia, wywróciła do góry nogami statystyki sztormowe: w czerwcu należy spodziewać się najmniejszej możliwej ilości sztormów w porównaniu do innych miesięcy a tu, panie, wciąż wieje i to zdrowo. Wyszliśmy ze Szczecina przy dość silnym wietrze, a Zalew pokonywaliśmy na zarefowanych żaglach. Jeżeli na Zalewie dmucha 6 do 7B to na morzu jest 8 do 9 B i tak było. Marina napakowana jachtami i dzielnymi żeglarzami, których nawet największy sztorm z knajpy nie wypędzi...
Przeczekaliśmy dwa dni (dłużej mogłyby wątroby nie wytrzymać) i podjąłem męską decyzję aby wracać na Zalew i próbować szczęścia drogami wewnętrznymi dostać się do Zatoki Greifswaldzkiej skąd "wszędzie bliżej". Było to posunięcie słuszne, bo już następnego dnia mogliśmy opuścić mało gościnną Marinę Kroeslin (określiłem tę marinę jako niegościnną z dość prozaicznego powodu: aby wejść do toalety trzeba dać 20 € zastawu za chip, który otwierał drzwi. Czip można zwrócić od godziny siódmej w restauracji lub później bosmanowi portu. Żeglarze często opuszczają port o piątej rano, a ja nie chciałem zostać z kartonikiem za 90 złotych na pamiątkę) i wyjść wreszcie na otwarte morze. Nie było to takie łatwe, ponieważ na samej Zatoce żeglowało się świetnie, ale był kilkumilowy odcinek do boi Landtief B, który należało pokonać dokładnie w linii, wiejącego z siłą 7B, wiatru. Dziobaliśmy więc pod dwumetrową falę i wiatr przez ponad trzy godziny. Na silniku, oczywiście, bo tam jest tylko dość wąski przekop niedający zbyt wielkich szans na halsowanie. Niekiedy prędkość spadała poniżej jednego węzła, ale przecież w końcu można było odłożyć się na kurs północny i popłynąć do... Sassnitz. Niestety, Lohme wystawiał swoje gościnne wejście w kierunku wschodnim i wejście do takiego portu związane by było z ogromnym ryzykiem ze względu na wysoką falę przybojową i mogące w tych warunkach wystąpić prądy poprzeczne, które rzuciłyby naszą łódeczką o falochron. Sassnitz okazał się bardzo miłym miastem, jednak bez tak pożądanej infrastruktury żeglarskiej jak toalety i prysznice.

Statek, który ustąpił drogi Cygance
Od czasów, opisanych przez Kulińskiego w locyjce „Wybrane Porty Bałtyku”, nic się nie zmieniło. Stojące na falochronie toytoyki rozwiązywały problem tylko częściowo. Nowoczesna marina żeglarska, której budowę jakiś czas temu przerwano, nadaje się już do kapitalnego remontu, ponieważ część pływających kei jest podtopiona a całość pokryta guanem jak, nie przymierzając, na którejś z wysp chilijskich. Nieco dziwne wrażenie robił pływający z turystami ex kuter rybacki, który nosi na dziobie imię Kalinina, wiernego sługusa towarzysza Stalina. Jeśli już jestem przy akcentach politycznych to wspomnę tylko, że na okazałej promenadzie, w reprezentacyjnym miejscu miasta, odkryliśmy tablicę poświęconą... Leninowi. Stało tam jak byk, że towarzysz Ulianow zatrzymał się w Sassnitz w drodze z emigracji do Rosji, gdzie był wywołał rewolucję.
Jacht jak się patrzy, a pod salingiem proporczyk SAJ
Z Sassnitz wypłynęliśmy o piątej trzydzieści z zamiarem dotarcia do Falsterbokanal. Z początku nawet nieźle wiało, ale kiedy minęliśmy Cap Arkona wiaterek począł siadać, więc już na drugą stronę Bałtyku wspomagaliśmy się silnikiem aby zachować marszową prędkość pozwalającą na przepłynięcie pod mostem rozpiętym nad Kanałem. Na ostatnie otwarcie mostu o godzinie dwudziestej zdążyliśmy z półgodzinnym zapasem. Kiedy już znaleźliśmy się w Marinie Falster okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte, więc ruszyliśmy do Malmoe. Muszę w tym miejscu napisać, że przepływaliśmy pod najdłuższym w Europie, a nawet na świecie, mostem, który łączy, niegdyś wrogie sobie, dwa kraje: Danię i Szwecję. Most ma siedemnaście kilometrów długości a prześwit od lustra wody do najwyższego przęsła wynosi pięćdziesiąt metrów. Zacumowaliśmy się po dwudziestej trzeciej. Czas spędzony w Malmoe można zaliczyć do wyjątkowo udanych, ponieważ do południa zwiedzaliśmy Lund, znane szwedzkie miasteczko uniwersyteckie. Wszystko to dzięki uprzejmości kolegi żeglarza, którego poznałem w Internecie. Zobaczyliśmy uniwersytet i katedrę z XII wieku. Tą ostatnią zwiedziliśmy zaglądając także do katakumb.

Pochwała kamizelek !
Po południu, z kolei "na wysokości zadania" stanął kolega syna z lat szkolnych, który obwiózł nas po starym mieście a także po cudownie utrzymanych parkach. Odwiedziliśmy również okolice słynnego "skręconego" wieżowca. Dzień pełen atrakcji zakończyła wspaniała kolacja, którą z prawdziwie polską gościnnością zaserwowali nam znajomi syna. Wracaliśmy do mariny taksówką i tu pojawił się problem, bo arabski taksówkarz nie znał angielskiego ani niemieckiego i były trudności z trafieniem do mariny. Ostatecznie, po długich naradach z centralą, zawiózł nas gdzie trzeba.
Z Malmoe, a konkretnie z Mariny Limhamn, wypłynęliśmy wczesnym rankiem, czując jeszcze trudy wynikające z polskiej gościnności. Wypływając sprawdziłem prognozę pogody, która "coś" wspominała o możliwości występowania mgieł w tym rejonie, ale zlustrowawszy morze stwierdziłem, że widoczność jest dobra i opuściliśmy Szwecję.
Nie "ujechaliśmy" zbyt daleko kiedy widoczność poczęła spadać, by w końcu zasłonić wszystko, nawet nieodległy szwedzki brzeg, gęstym oparem. Mogłem podjąć w tej sytuacji jedyną decyzję - stanięcie na kotwicy. Miałem zatem pierwszą w życiu okazję do stania na kotwicy w morzu. Po około dwóch godzinach widoczność się poprawiła na tyle, że można było ruszyć w dalszą drogę. Dlaczego na kotwicy? - mógłby ktoś zadać pytanie, więc ewentualnie je uprzedzając wspomnę tylko, że Oeresund jest miejscem o ogromnym ruchu statków, ponieważ prowadzi od Cieśnin Duńskich na Bałtyk. Poza tym na drodze ze Szwecji znajduje się wyspa Saltholm, najeżona skałami i otoczona licznymi mieliznami . W takiej sytuacji kontynuowanie żeglugi związane było z ogromnym ryzykiem, którego nie warto było podejmować.
Piękne brzegi
Największym problemem w zachodnich portach, które znajdują się na licznie uczęszczanych trasach żeglarskich, jest zdobycie miejsca postojowego w marinach. W zasadzie wszystkie miejsca postojowe są tam obsadzone przez rezydentów. Można, zatem, zająć miejsce rezydenta, który sobie gdzieś, na pewien czas wypłynął. Aby wiadomym było czy dane miejsce do cumowania jest wolne, oznacza się je tabliczką: zieloną, jeśli wolne i czerwoną, jeśli zajęte.
Wpływając do Kopenhagi stanęliśmy właśnie przed problemem - jak trafić na wolne miejsce? Takich jak my, krążących od mariny do mariny, było wielu. Poza tym chcieliśmy zająć miejsce w możliwie niewielkim oddaleniu od centrum starej Kopenhagi. Zadanie niewyobrażalnie trudne z uwagi na fakt, że każdy by tak chciał. Nam się udało. Zatrzymaliśmy się w Kristianhavn, na kanale, którym przepływały liczne jachty, łódki wiosłowe, pontony i motorówki, a także sporych rozmiarów odkryte łodzie, które zabierały na swoje pokłady po około 300 pasażerów, chcących obejrzeć Kopenhagę z wody. Zawsze byłem zdania, że takie zwiedzanie miasta jest najbardziej efektywne, pamiętałem bowiem jeszcze zwiedzanie Amsterdamu, na które miałem... dwie godziny.
Udaliśmy się zatem do Nyhavn, skąd te "wodne tramwaje" rozpoczynały swoje godzinne rejsy. Podziwiałem kunszt sterników tych kanałówek. Niektóre kanały były bardzo wąskie, odbywał się na nich spory ruch licznych jednostek pływających a mosty, pod którymi przepływaliśmy, były o centymetry szersze od łodzi.
Po zakończeniu, tej pełnej wrażeń estetycznych, przejażdżki pospacerowaliśmy sobie po okolicach, podziwiając zarówno piękne, stare, nienaruszone działaniami wojennymi, budynki jak i liczne knajpki i restauracje obłożone do ostatniego miejsca przez wygłodzonych i spragnionych turystów.
W Klintholm na wyspie Mon
Niestety, ceny w Danii nie pozwoliły nam na skorzystanie z usług tamtejszych mistrzów patelni. Aby uzmysłowić Czytelnikowi jak są wysokie, napiszę tylko ile kosztuje mały (300 ml) kufelek piwka - 50 koron co przy kursie 62 grosze za koronę daje astronomiczną cenę ponad trzydziestu złotych. Za te pieniądze można na świnoujskim deptaku kupić pięć półlitrowych kufli...Ceny, wcale niewyszukanych dań, które podawano pod parasolami na ulicy, były godne restauracji hotelu Waldorf Astoria. :)
Ze Stolicy Danii wypłynęliśmy o szóstej rano aby w przyzwoitej porze osiągnąć port Klintholm na wyspie Moon, miejsce znane ze wspaniałych klifów, które, zdaniem niektórych, są jeszcze piękniejsze od tych na Rugii. Rejs na Moon przebiegł bez żadnych, godnych opisania zdarzeń. Od rana świeciło słońce, a morze było gładkie jak stół. Przez "chwilę" wspomagaliśmy silnik żaglami, kiedy pojawiła się bryza, ale później, to już tylko dieselgrot. :(
Marina Klintholm okazała się niezwykle uroczą. Była, jak na warunki duńskie, tania, a ponadto w cenie był kryty basen i... sauna. Z tej ostatniej nie skorzystaliśmy bo żar lał się z nieba. Potrafię jednak docenić walory tego portu kiedy wpłynie doń zziębnięta, zmęczona sztormem załoga.
Obok mariny regularny port rybacki z licznymi kutrami i infrastrukturą. Jedynym mankamentem był pojawiający się chwilami okropny smród. Zachodziłem w głowę co też tak okropnie śmierdzi - czyżby wypompowywano szambo? Zagadkę rozwiązała pokładowa młodzież, kiedy poszli w kierunku plaży aby sobie po drugiej stronie Bałtyku zażyć morskiej kąpieli. Okazało się, że sztorm z przed kilku dni, wyrzucił na plażę ogromne ilości trawy morskiej, która w doborowym towarzystwie alg, rozkładała się w tropikalnych wręcz, promieniach słońca. Z plażowania, zatem, nic nie wyszło i trzeba było uruchomić jakiś wariant zastępczy, czyli, niezawodny w takich sytuacjach, spacer.
Spacer okazał się przyjemny, bo trafiliśmy na uroczą włoską pizzerię, gdzie konsumentom do "kotleta", zgodnie z włoską tradycją, z towarzyszeniem gitary, przyśpiewywali włoskie "canzony", szef kuchni i kelner. Muszę przyznać, że śpiewali bardzo ładnie, wabiąc z pewnością wielu potencjalnych amatorów pizzy i pasty. Myśmy się nie skusili mając w żołądkach, chwilę wcześniej spożyty obiad z jachtowego kambuza.
Tradycyjnie już, wieczorową porą, wypiliśmy whiskiego do poduszki i poszliśmy spać, mając w perspektywie jutrzejszy rejs na południe. Tym razem chcieliśmy odwiedzić wyspy Hiddensee, znane z czasów enerdowskich, gdzie władza ludowa tolerowała naturystów. Był to ze strony tej władzy jeden z nielicznych gestów, mających sugerować, że władza „robotników i chłopów” daje swojemu społeczeństwu szerszy margines wolności niż ktoś mógłby przypuszczać. Oczywiście Polacy, przyzwyczajeni do tego, że nasz kraj był najweselszym obozem wśród krajów demoluda, na takie plewy nigdy nie dałby się nabrać.
Rejs do Vitte przebiegał bez większych przygód. Jedyne emocje wynikały z ruchu licznych statków, przecinaliśmy bowiem szlak prowadzący z Kanału Kilońskiego na Bałtyk. Mieliśmy sporą prędkość, bo wiatr pasował, należało tylko uważać by nie zostać rozjechanym. Dobrym sposobem na analizowanie zagrożeń wynikających z możliwości zderzenia jest wykonywanie namiarów na zbliżające się statki. Jeżeli namiar przesuwał się do dziobu, wiedziałem, że statek przejdzie mi przed dziobem, jeżeli namiar przesuwał się w kierunku rufy, wiedziałem, że to ja zdążę przepłynąć przed dziobem tego statku. Jeżeli namiar się nie zmieniał, znaczyło to, że zderzenie jest nieuniknione. Był taki jeden moment i z satysfakcją zauważyłem, że spory statek zmienia kurs aby przejść za moją rufą.
Widać, że oficer wachtowy znał się na rzeczy i pamiętał, że żaglowiec ma pierwszeństwo przed statkiem o napędzie mechanicznym. Jednego jestem pewien, że aby dojść do takiego wniosku nie musiał stosować techniki namiarów, bo o sytuacji powiadomił go system ARPA, w który wyposażone są wszystkie nowoczesne radary.
Dlaczego o tym się rozpisuję? - bo to na wodzie często kwestia życia lub śmierci. Armatorzy statków ograniczają zatrudnienie i często bywa tak, że na mostku jest tylko jedna osoba zajęta akurat wypełnianiem dziennika okrętowego, a sternikiem jest autopilot. W takiej sytuacji może stać się to najgorsze. Żeglarze o tym wiedzą i nie egzekwują do końca swoich praw zdając sobie również sprawę z faktu, że ogromny statek potrzebuje znacznie więcej czasu na wykonanie manewru niż jacht. Najważniejsze jest tu, aby wszelkie manewry jachtu były przejrzyste, a intencje jasne.
Na Vitter Boden trafiliśmy dokładnie na wejście w farwater położony między Hiddensee a Półwyspem Bug na Rugii. Jazda tym farwaterem jest nie mniej emocjonująca niż przekraczanie ruty statków. Powód? - po pierwsze farwater jest dość wąski, po drugie, jest na nim ogromny, wręcz z niczym nieporównywalny, ruch wszelakich pływadeł, od jachtów i motorówek począwszy a na całkiem sporych Fahrgästschiffach skończywszy. Te ostatnie, jako, że szyper wysoko siedzi, mają w nosie wszystko co mniejsze i zasuwają ile mocy w maszynach, "produkując" wysoką falę i podnosząc z dna muł i piasek. O tym, że mijają czy wyprzedzają pół metra od mojej burty nie muszę dodawać. Kolejną i kto wie czy nie największą "atrakcją" tych wód jest to, że prawie całe rozlewisko wód, miedzy Hiddensee a Rugią, jest bardzo płytkie. Minimalne zboczenie ze szlaku kończy się utknięciem na mieliźnie. No więc nie nudziliśmy się w drodze do Vitte, gdzie ostatecznie stanęliśmy między palami a pomostem w późnych godzinach popołudniowych.
Pozostałą część dnia spędziliśmy na zakupach w znakomicie zaopatrzonym sklepie Edeka no i oczywiście na zwiedzaniu tej uroczej miejscowości. Zaprzyjaźniłem się z małżeństwem, które stanowiło załogę stojącego obok jachtu i miałem komu podarować dwie śmietany, z którymi należało coś zrobić bo akurat zepsuła się lodówka. W „zamian” otrzymałem namiar na prognozy pogody nadawane przez UKF na kanale 66. Podobno, jak zapewniali mili sąsiedzi, prognozy te były bardzo precyzyjne i wiarygodne. O tym jak złudne było to przekonanie miałem dowiedzieć się już następnego dnia.
Z Vitte wypłynęliśmy, tradycyjnie, rano. Obrany kierunek to Stralsund, jedyna droga na Zatokę Greifswaldzką, z której można: albo wyjść na morze albo płynąć Pianą na Zalew Szczeciński. Decyzja, którą trasę wybrać, miała zapaść w zależności od warunków pogodowych. Wiadomo, że większość żeglarzy wybierze trasę morską, bo notorycznie nie znosimy słuchania pracującego silnika, który podnosi koszty podróżowania - co można znieść, ale odbiera możliwość kontemplowania morskiej żeglugi, poprzez zagłuszanie miłych dla ucha wrażeń słuchowych - szumu fal rozcinanych odkosem dziobowym czy miłego bulgotania kilwateru. Jednostajny dźwięk pracującego silnika jest gwałtem na naturalnych dźwiękach związanych z żeglowaniem.
Zatem używamy silnika tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne. Kiedy trzeba naładować akumulatory, kiedy trzeba zdążyć na czas do portu, bo urlopy się kończą, wreszcie, kiedy wpływamy do portu i silnik staje się wręcz niezbędny do manewrowania, aby nie budzić paniki w oczach siedzących na pokładach właścicieli milionowych fortun, którzy mogliby dostać zawału gdyby podczas manewrowania pod żaglami w porcie coś im porysować lub, nie daj Bóg, połamać.
Słynne niegdyś opowieści o tym, jak to dzielni, polscy żeglarze po miesięcznym przemierzaniu oceanu wpływali do mariny na żaglach i budząc podziw miejscowych żeglarzy cumowali się do kei, można dzisiaj między bajki włożyć. Mariny są ciasne, upchane jachtami do granic możliwości...
W Stralsundzie zacumowaliśmy do kei miejskiej. Mieliśmy ponad trzy godziny do otwarcia mostu i spożytkowaliśmy ten czas na spacer po starym mieście oraz na wizytę w oceanarium. Oceanarium, niegdyś mieszczące się w starej katedrze, zostało przeniesione do nowego, okazałego, o nowoczesnej architekturze, gmachu. Niestety ekspozycja mocno mnie rozczarowała, miałem bowiem przyjemność oglądać faunę i florę sprzed przeprowadzki. Dominowały tam ryby mórz koralowych. Były także spore rekiny i barakudy. W nowym miejscu ekspozycje poświęcono okazom z Bałtyku i Morza Północnego. Gorycz rozczarowania "osłodziliśmy" zimnym Radebergerem, siedząc w cieniu parasola.
Most otwarto punktualnie o siedemnastej dwadzieścia a korzystny, zachodni wiatr zachęcał do postawienia żagli. W Zatoce Greifswaldzkiej trochę się rozdmuchało. Dość napisać, że na zarefowanym na pierwszy ref grocie jechaliśmy sześć węzłów. W miarę jak "połykaliśmy" mile, wiatr tężał i rosła fala. Około dwudziestej trzeciej byliśmy na wysokości wejścia do małego porciku na wyspie Ruden i już miałem zdecydować, że tam staniemy, ale byłem lata temu na tych wodach, przy znacznie silniejszym wietrze, który wiejąc od lądu nie był w stanie wybudować zbyt wielkiej fali, więc postanowiłem, że wyjdziemy w morze. Ostatecznie mieliśmy naprawdę sporo miejsca, gdyby przyszło sztormować. Wiatr w szkwałach osiągał prędkość 42 węzłów a my w baksztagu, na tym zarefowanym grocie, jechaliśmy 6 - 7 węzłów. Jak na 8,5 metrową łódkę, rezultat był więcej niż zadowalający. Nie zawiodłem się w swoich rachubach licząc na mniejszą falę na Bałtyku niż na Greifswalder Boden. Na zatoce fale były większe niż na Bałtyku pod osłoną lądu. W niemieckiej prognozie "Wind dhrrrrei bis vieeeer" okazał się siedem do ośmiu B, dzięki czemu wjechaliśmy do Świnoujścia o czwartej z minutami, na pełnych żaglach, ponieważ od trzeciej nad ranem siadało. Dopiero mając na trawersie Świnoujście Trafic uruchomiłem silnik.

Załoga "La Gitany: Was pozdrawia - płyńcie naszym kilwaterem !
Po zacumowaniu jachtu wypiliśmy jeszcze po drinku "za szczęśliwe ocalenie". Znacie smak drinka wypijanego o piątej rano?
Mnie smakował wybornie, ponieważ na morzu nie pijemy.
Ryszard Rakower
s/y „La Gitana”
________________________________
tu klik uznania dla załogi "Cyganichy" 
|