DALEJ NURTEM SCHENGEN
z dnia: 2013-10-18


Autorów newsa już znacie - Iwona i Marek Tarczyńscy - żeglarze z Zalewu Zegrzyńskiego. Ich poprzedni news relacjonujący morskie wizyty w państwach Schengen znajdziecie tu http://kulinski.navsim.pl/art.php?id=2209&page=0
Warto powrócic do tej lektury - traktując ją jako wprowadzenie do poniżej zamieszczonego opowiadania.
Cieszcie się Schengen!
Jestem pod wrażeniem dzielności, umiejętności, rozwagi, a przed wszystki ambicji tych Państwa.
Popełniam niedyskrecję (GIODO czuwa) - Marek kiedyś przez Iwonę został zapisany do SAJ :-))).
Kamizelki twarzowe !
Gratuluję !
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge el Anciano.
---------------------------
PS. Ja się tak za bardzo sierżantowi SG nie dziwię :-)
-------------------------
A tak wykorzystując okazję (prywata):  http://www.youtube.com/watch?v=wlAM5dUuVkM  
---------------------------
"NURTEM SCHENGEN 2013"
We wrześniu wróciliśmy, z 9 banderami pod salingiem, z 3-miesięcznego rejsu dookoła Bałtyku. Miał to być rejs z Laboe k/Kilonii do Narwiku i prawie dookoła Skandynawii, w ramach naszego programu "Nurtem Schengen".

Czerwcowe sztormy i silne, zachodnie wiatry na Morzu Północnym nie pozwoliły nam jednak oderwać się od zachodnich brzegów Płw. Jutlandzkiego i zmusiły nas do zmiany trasy.
Jak zwykle, płynęliśmy "Cerberyną-Milą 2" (Antila 24) i jak zwykle, towarzyszyła nam suczka Mila, pseudonim Lupus Navigator.
Początkowo wszystko szło dobrze. Z Laboe przez Kieler Förde, śluzę Holtenau, Kanał Kiloński, dopłynęliśmy do śluzy Gieselau i na rzekę Eider. Rzeką Eider (kiedyś ważny szlak dla frachtu bałtyckiego) dotarliśmy do portu Tönning nad Morzem Północnym. Zachodnie wybrzeże Półwyspu Jutlandzkiego ma złą sławę, co niemal przećwiczyliśmy na własnej skórze. Samo wyjście z portu Tönning było niemałym problemem zważywszy, że trafiliśmy na okres b. silnych wiatrów z W i NW, które na płyciznach, w połączeniu z prądami pływowymi, zrywały potężne fale, nie dające się pokonać małym jachtem. Pozostawało czekanie na poprawę pogody.
Staliśmy po kilka dni w portach, aby doczekać się kilkunastu godzin znośnych warunków, pozwalających „na przeskoczenie” do następnego portu. W obszarze Fryzów Północnych, do wysokości Esbjergu, mogliśmy jeszcze podziwiać piękno wysepek, odwiedzać kurorty. Mieliśmy możliwość zejścia z morza i skrycia się przed burzą w zatokach i fryzowych zakamarkach. Dalej na północ było już tylko gołe, puste wybrzeże, pozwalające co najwyżej na strandowanie. Na odcinku od Tönning do Esbjergu straciliśmy 7 dni na czekaniu, w Hvide Sande mieliśmy już 9 dni deficytu, a w Thorsminde – 13 dni.
Wobec niekorzystnej, ogólnej sytuacji barycznej i kiepskich prognoz krótkoterminowych Windguru, które systematycznie otrzymywaliśmy z kraju, oczywistym stawało się, że do Narwiku, w najlepszym razie, dojdziemy dopiero w sierpniu, a to postawiłoby nas w bardzo trudnym położeniu. Pod znakiem zapytania stało również, w tych warunkach pogodowych, nasze szybkie przejście z Hanstholmu przez Skagerrak do Kristiansand w Norwegii. Ponadto otrzymaliśmy z Narwiku informację, że firma, która zobowiązała się przewieźć "Cerberynę-Milę" z Narwiku do Lulea nad Zatoką Botnicką, podniosła prawie dwukrotnie cenę za usługę w stosunku do ustalonej przed miesiącem, a to równało się całemu budżetowi wyprawy.
W Thorsminde zwiedziliśmy Muzeum St. George, poświęcone tragedii angielskich okrętów wojennych „St. George” i „Defense”, jaka rozegrała się 24.12.1811 r. w pobliżu Thorsminde, na tzw. Wybrzeżu Wraków. Oba okręty, idące w konwoju z Bałtyku do Anglii, po stracie żagli, wpędzone zostały przez huragan na mieliznę i tu uległy zagładzie. Prosto z muzeum poszliśmy na wydmy na Wybrzeże Wraków, aby z lądu zobaczyć miejsce, które przedwczoraj oglądaliśmy z morza.
Piękne, wysokie wydmy łagodnie opadają na piaszczysty, plażowy brzeg morza, co kilkaset metrów widać wystające z wody czarne głowy skał, jakby budy potopionych samochodów ciężarowych. Sielanka – jak mogło tu zginąć ponad 1300 ludzi, a zaledwie uratować się 17 z obu załóg. Dopiero uzmysłowienie, że tragedia dopełniła się w grudniowej temperaturze, przy sztormie, który przewracał szalupy jak papierowe łódeczki – wyjaśnia skalę dramatu. Skóra nam cierpła, gdy czytaliśmy tabliczki z nazwami statków, które tu zakończyły swój żywot: „St. George”, „Defense”, „Catty”, „Helia”...
Trzy tygodnie tęgich, północnych wiatrów, wielkich fal, nieba bez słońca i ciągłego nocnego wycia want, wpędziły nas w typowy stan przygnębienia. Widziane oczyma wyobraźni sceny z dramatów na Wybrzeżu Wraków ostatecznie przesądziły o decyzji skrócenia trasy.
Wykreślamy z planu wyprawy Norwegię i Zatokę Botnicką. W Thyboron wejdziemy na Limfjord, przez Kattegat do Szwecji i dalej na Alandy.
Rano wiało mocno, ale, ku naszej radości, z SE. Chmurno i nieprzyjemnie jak zawsze, lecz wiatr od lądu na pewno nie zerwie fal, które by pokrzyżowały nasz nowy plan. Odbijamy o 1500 i pędzimy baksztagiem na jednej refie grota i całym foku, osiągając do 6 w.
Przed zmrokiem zawijamy do portu Thyboron, już na Limfjordzie. Zupełnie zmienia się otoczenie. Wokoło pełno jachtów, wesołe załogi na nabrzeżu, ruch w kawiarniach i restauracjach.
Następnego dnia płyniemy wśród wysp i zatoczek Limfjordu, a wiatr z W i NW sprzyja nam całkowicie. Natychmiast wraca dobre samopoczucie. Zaczynamy trochę żałować decyzji o skróceniu trasy.
W trzecim dniu żeglowania wychodzimy na Kattegat i bierzemy kurs na Göteborg, przez porcik Osterby, na wyspie Laeso. Ruch jak na Marszałkowskiej, głównie Szwedzi i Duńczycy. Za J. Kulińskim identyfikując mijane jachty, stosujemy skrótowo terminologie, jakiej używają obie nacje wobec siebie. Powstaje dziwny żargon: „z lewej idzie pas...,, z prawej pal...”.
Z Göteborga, znakomicie żeglowną rzeką Göta Alv i kanałem Trollhattekanal dopłynęliśmy bez problemów do największego jeziora Szwecji Vänern, po którym żegluje się jak po morzu, 50 razy większego od naszych Śniardw, pełnego wysepek, zatoczek, uroczych miejsc do kąpieli i biwakowania.
W Sjötorp, na wschodnim brzegu jeziora, weszliśmy na Göta Kanal i przez 5 dni podziwialiśmy jego hydrotechniczne rozwiązania i uroki, zwłaszcza odcinków jeziorowych. Z Mem do Sztokholmu postanowiliśmy płynąć szkierami przez Sodertalje i jezioro Malaren. Mimo niekorzystnych wiatrów byliśmy zachwyceni zarówno szkierowym otoczeniem, jak i samym żeglowaniem, które, przy dużej ilości meandrów, dawało wiele satysfakcji. W Sztokholmie bawiliśmy 3 dni, kilkakrotnie odwiedzając Muzeum Vasa i inne zabytki bardzo przyjaznego miasta.
Następnie popłynęliśmy, cały czas szkierami, do Kapellskär, przy bardzo pomyślnym wietrze. Tu wzięliśmy kurs do mariny AŜŜ w Marienhamn na Alandach. W czasie przejścia na Alandy wpadliśmy w charakterystyczny dla tych wód tuman mgły. Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów, a że płynęliśmy w pobliżu szlaku promów, ciągle słyszeliśmy wokół sygnały mgłowe niewidocznych kolosów. 3 godziny wolniutko terkotaliśmy na silniku w tym morzu mleka, aż temperatura i wiatr zdjęły ów ogromny welon.
Na Alandach odwiedziliśmy kilka ważnych miejsc, w tym Muzeum Morskie, a przede wszystkim czteromasztowiec „Pomern” ze sławnej flotylli żaglowców kapitana Gustafa Eriksona (Gustafa Mauritza) - niepowtarzalne wrażenia. W lądowej części tego Muzeum zrobiliśmy zdjęcie z olejnego portretu wielkiego kapitana, na którym przedstawiony jest z ulubioną kotką Pessi na rękach (w załączeniu). Uroki szkierów alandzkich urzekły nas nie mniej niż szwedzkich, zwłaszcza że już nieźle opanowaliśmy sztukę żeglowania i nawigowania po szkierach. Ostatnią noc na Alandach spędziliśmy na malowniczej wyspie Sottunga, skąd rankiem ruszyliśmy do fińskiego portu Verkan na wyspie Korpo.

Odwiedzając kolejne fińskie porty Kirjas, Kasnas, Hanko, Barosünd, 2 sierpnia dotarliśmy do mariny Porkkala. Żeglowanie po meandrach fińskich szkierów, podobnie jak po szwedzkich i alandzkich, dostarczyło nam niezapomnianych wrażeń.
W Porkkala, wskutek silnego wiatru z NE, zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Helsinek i wzięliśmy kurs przez Zatokę Fińską na brzeg estoński, do Tallina.
Po 6 godzinach żeglowania, przy wietrze 4B, głównie z NW, widzieliśmy przez lornetkę tallińską wieżę telewizyjną, która zalecana jest jako punkt nawigowania na olimpijską marinę Pirita. Przed wieczorem cumowaliśmy w wielkiej, poolimpijskiej, opustoszałej i trochę zaniedbanej przystani.
Świadomość, że czeka nas nieuchronnie dalekie opływanie stref zamkniętych przy enklawie kaliningradzkiej, głównie poligonowej strefy 117 i przybrzeżnej strefy zachodniej, skłoniło nas do odwiedzenia w Tallinie Konsula Generalnego RP i poproszenia o wsparcie w załatwianiu ewentualnego pozwolenia na przejście przez obie strefy w żegludze przybrzeżnej. Wizy do Rosji nie mieliśmy. Konsul Generalny obiecał zająć się sprawą i jak czas pokazał, słowa dotrzymał. Nasz klubowy kolega, Waldemar, zaesemesował dowcipnie - ”prędzej rowerem wodnym opłyniecie Horn, niż przepłyniecie przez rosyjskie strefy zakazane”.
W Tallinie bawiliśmy 3 dni, oczekując na wieści z Konsulatu, zwiedzając przeurocze, pełne zabytków, stare miasto i usiłując załatwić (bezskutecznie zresztą) naprawę wciąż gasnącego silnika.
Po tallińskich lądowych peregrynacjach (6 km z przystani do Starego Miasta), przy stosunkowo sprzyjającym wietrze, popłynęliśmy po wewnętrznej stronie wyspy Väike-Pakri do porciku Dirhami, gdzie gromadzą się jachty fińskie, powracające do kraju z europejskich wojaży. Następnie przez Kuivastu na wyspie Muhu i Kurressare, na największej estońskiej wyspie Saaremaa, płynąc północnym krańcem Zatoki Ryskiej, zawinęliśmy w sztormowej pogodzie do rybackiego porciku Möntu. Tu przeczekaliśmy dwa dni b. silnych wiatrów, wiejących jak na złość z SW i trzeciego dnia ruszyliśmy do Venspils, na łotewskim brzegu. To było ciężkie 40 Mm. Warunki nautyczne tego obszaru w kilku dostępnych nam opracowaniach przedstawiono jako trudne, ale nazwanie tych wód przez Jerzego Kulińskiego „okrutnym morzem” w zestawieniu z łagodnym, piaszczystym wybrzeżem, wydawało nam się wówczas trochę przesadzone.
Mimo niekorzystnego wiatru, 4 do 5B z SW i dużego zafalowania odbiliśmy z Möntu w dobrym nastroju psychicznym. W połowie cieśniny Irbes Ŝaurums wiatr przyspieszył do 25 w, fale szybko wypiętrzały się do 2 m, a z niskich chmur zaczęło lać jak z cebra. Nie byliśmy w stanie płynąć kursem na Ventspils, odpadliśmy daleko na wschód w kierunku cypla Kolka. Dopiero, gdy znaleźliśmy się pod osłoną łotewskiego brzegu, wiatr i fale pozwoliły nam wrócić na kurs W. Na silniku i maksymalnie zrefowanych żaglach dobrnęliśmy pod wieczór do Ventspils. Tu sztormowa pogoda zatrzymała nas przez 4 dni. Dwukrotnie próbowaliśmy wyjść w morze – bezskutecznie. Wiało dniem i nocą, 6 -7B z NW. Ten rejon Bałtyku pokazał swoje groźne oblicze. Sprawdziła się zasada – „praktyka kryterium prawdy”.
18 sierpnia wiatr sfolgował, 4 - 5B z SW. co pozwoliło przeskoczyć do Pavilosta, a następnego dnia do Liepaja, gdzie znów, ze względu na pogodę, staliśmy dzień. W końcu 21 sierpnia zawinęliśmy do mariny Old Castle w Kłajpedzie. Nad kanałkiem, wprowadzającym z rzeczki Dane do mariny, funkcjonuje obrotowy most, otwierany co godzinę na 15 minut, w dzień i w nocy. Sam mostek, o którym J. Kuliński w „locyjce” z 2010 r. pisał, że ma być odbudowany, jest już pięknie zrekonstruowany, a jego starodawne mechanizmy poruszane są rękami obsługi, podobnie jak przed dziesiątkami lat. Ta niewątpliwa atrakcja turystyczna ozdobiona jest intrygującym monumentem postaci wypełzającej z wody po ścianie kanałku, z latarnią w kościstej ręce. Postać w kapturze, ale bez twarzy, przyciąga turystów, którzy masowo fotografują się, usiłując wcisnąć własną głowę w mroczną pustkę pod kapturem. Autorem dzieła jest Junkus Plotnikov.
W Kłajpedzie cumowaliśmy 3 dni. Tu otrzymaliśmy informacje z Konsulatu RP w Kaliningradzie, że nasz wniosek, wysłany z Tallina, został pozytywnie załatwiony przez Kaliningradzki Urząd Morski i wszystkie placówki rosyjskiej straży granicznej (SG) wiedzą, że polski jacht "Cerberyna-Mila 2" uzyskał pozwolenie przejścia przez obie strefy.
24 sierpnia o 0500 odbijamy z Kłajpedy i przez kaliningradzkie wody terytorialne Rosji bierzemy kurs na Górki Zachodnie. Po dojściu do granicy litewsko rosyjskiej usiłujemy nawiązać łączność radiową z „wyżkami” rosyjskiej SG na kanałach 16,74,73 – milczą. Pod telefonem +74012691090 zgłasza się oficer dyżurny bałtijskiej SG, potwierdza „wolną drogę” i dodaje, że jeśli mamy awarię silnika, to możemy zawinąć do Bałtijska. Chętnie przyjęliśmy ofertę, ze względu na suczkę Milę. Kiedy jednakże minęliśmy przylądek Taran i wzięliśmy kurs na Bałtijsk, dopędził nas rosyjski patrol SG motorówką zrzuconą z patrolowca i poinformował, że do Bałtijska wejść nie możemy, bo nie przewiduje tego nasze pozwolenie.
Wróciliśmy na kurs do Górek Zachodnich, nieopatrznie prosząc patrol rosyjski, aby poinformował polską placówkę graniczną, że w nocy przekroczymy granicę polsko-rosyjską 5 Mm od brzegu, na wysokości Piasków.
Wiało dobre 4 do 5B z E. Płynęliśmy z wiatrem, co przy dużej fali stale groziło niekontrolowaną „rufą”, a zakładanie kontrszotów na jachcie mieczowym w nocy byłoby lekkomyślnością. Kiedy wiatr stężał zrzuciliśmy grot i płynęliśmy na samym foku, wspierając się silnikiem. Po 0300 nad ranem weszliśmy na tor do Górek Zachodnich i wkrótce cumowaliśmy w starym naszym miejscu, to jest w kanaliku AKM, gdzie spotkaliśmy wielu „starych znajomych”.
Tu, pod naciskiem polskich służb, zachwiały się po raz pierwszy w naszej praktyce przepisy Schengen.
Do nabrzeża przybiegł pan sierżant polskiej SG i dał nam ostrą reprymendę, że:
a) nie odpowiadamy na radiowe wezwania SG,
b) płyniemy nocą bez świateł nawigacyjnych,
c) nie zgłaszamy się do kontroli celnej i paszportowej.
Wprawdzie uznał nasze tłumaczenie, że jacht wielkości "Cerberyny-Mili" (Antila 24) zgodnie z przepisami nie musi posiadać radiostacji, a więc nie musi prowadzić nasłuchu, nie musi posiadać innych świateł poza światłem topowym, a myśmy je mieli. Natomiast odrzucił nasze tłumaczenie, że jako obywatele UE i kraju, należącego do Traktatu Schengen, nie musimy poddawać się kontroli celnej i paszportowej. Stwierdził, że wracamy z Rosji i w związku z tym podejmuje rewidowanie jachtu. Tłumaczenie, że przejście przez rosyjskie wody terytorialne nie równa się pobytowi w Rosji, nie znalazło zrozumienia u bardzo gorliwego funkcjonariusza. Pierwsza rewizja, jaką przeszliśmy w całym programie, "Nurtem Schengen", potwierdziła swój bezsens. Pozostał niesmak.
W 2 dni później popłynęliśmy na Przekop Wisły zobaczyć foki, dalej na Zalew Wiślany i do Elbląga, skąd już na lawecie powróciliśmy do Nieporętu, a 5 września, na żaglach, do macierzystego portu Jacht Klubu Politechniki Warszawskiej, przy ujściu Rządzy do Zalewu Zegrzyńskiego.
 
------------------------------
Rejs trwał 86 dni. Przepłynęliśmy przeszło 1800 Mm, odwiedziliśmy 9 krajów i 55 portów. Zdobyliśmy 6 nowych bander morskich krajów Schengen. Poznaliśmy nowe, wspaniałe akweny Bałtyku, kraje, ludzi. Wzbogaciliśmy swoją wiedzę i praktykę żeglarską. Do zakończenia naszego programu postało jeszcze zdobycie 4 bander morskich krajów Schengen, tj. Słowenii, Malty, Norwegii i Islandii. Teraz zastanawiamy się, jak dalej realizować trudną końcówkę programu "Nurtem Schengen".
Bardziej szczegółowe sprawozdanie z rejsu, wraz z galerią zdjęć, zamieścimy na witrynie naszego klubu www.jkpwwolica.ayz.pl
Iwona i Marek
Ten artykuł pochodzi ze strony:
JERZY KULIŃSKI - ŻEGLARZ MORSKI
Subiektywny Serwis Informacyjny
http://www.kulinski.navsim.pl

URL tego opowiadania:
http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2350