BAŁTYK PÓŁNOCNY – TYLKO DLA SMAKOSZY
z dnia: 2025-08-30
Michał Kozłowski kolejny raz przedstawia prawdziwym smakoszom morskiej żeglugi uroki, ba – piękno Północnego Bałtyku. To nie adriatycki jarmark, to prawdziwe rezerwaty natury i czasów sowieckiej okupacji. Opis Michała to nie tylko zachęta, ale uświadomienie, że to najwyższy czas aby tam pożeglować. Najlepiej niewielkim jachtem i to oczywiście „na swoim i za swoje”. Michałowi dziękuję i … zazdroszczę jako, że moja dziewięćdziesiątka zrobiła swoje.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
=================================
Don Jorge, W ubiegłym roku (2024) pożeglowaliśmy Antilą 24,4 do Helsinek; pogoda niestety uniemożliwiła zwiedzenie niedalekich Alandów. Zimą zbudowałem nowy jacht typu Antila 24,4 specjalnie na rejsy morskie. Kolega kupił go z obietnicą pożyczenia na mój urlop. Popłynąłem więc razem z dwoma kumplami, Kazikiem i Jackiem, wszyscy z patentami sternika i wieloletnim doświadczeniem żeglarskim. Razem mamy ponad dwieście lat, ale czujemy się młodo. Jacht stacjonuje w Kątach Rybackich więc nie musieliśmy go przywozić jak poprzednio. Wystarczyło wypłynąć wprost z Zalewu. Ruszyliśmy z Kątów Rybackich rano drugiego sierpnia. Sporo sieci na Zalewie. Kanał Z-Z – śluza Nowy Świat, wszystko sympatycznie i zgodnie z podanymi godzinami. Zadzwoniliśmy przed wyruszeniem i wszystko wytłumaczyli, kazali zgłosić się przed śluzą, niekoniecznie na pół godziny przed… Śluzowaliśmy się w 4 jachty, więc ruch był. Obraliśmy kurs na Hel, ale skoro zostało trochę dnia to popłynęliśmy bezpośrednio do Władysławowa. Stąd jest bliżej do Gotlandii. Zacumowaliśmy koło 20-tej. Tu wszystko bez mian, było wolnych kilka miejsc. Rano zakupy i ruszyliśmy o 13-tej na północ. Raczej wiatry sprzyjały i po 28 h zacumowaliśmy w Burgsvik na Gotlandii. Automat do opłat i 200 koron, prysznice, WC, prąd, woda w cenie, to już taniej niż na Mazurach. Wielkich atrakcji tu nie ma - to pomimo silnego wiatru wypłynęliśmy w morze. Na wyjściu musieliśmy pokonać fale i wiatr 5B, dalej na samym foku do Visby. Po drodze podpłynęliśmy do wyspy Stora Karlsö. Widzieliśmy pusty pomost, ale nie odważyłem się wpłynąć. Gdyby wiatr zmienił kierunek miejsce by było pułapką. Teraz żałuję, bo pomimo wiatru 5-6B było tam chyba zacisznie. Spróbuję innym razem.

Trasa rejsu Załoga
.
Do Visby wpłynęliśmy o zmroku. W porcie było ciasno i niespokojnie, wiatr i fale wchodziły z podejścia. Stanęliśmy pod bosmanatem, przynajmniej blisko do prysznicy. W nocy mocno bujało łódkami, bo wiatr wzrósł do 7B. Trafiliśmy na tydzień średniowiecza i było co zwiedzać. Kolejne odwiedzone miejsce to wyspa Fårö. Port Lauterhorn mnie zawsze urzeka. Oplata 150 koron w automacie, toalety, prysznic, śmieci, prąd chyba dopłata, woda tylko krótki wąż- pewnie by nie tankować, bo coś jej dolega. Prysznice porządne, a toalety trochę uproszczone. Zwiedziliśmy skałki. W jednym z domków jest biblioteka z wygodną kanapą, nie byłbym sobą gdybym jej nie odwiedził. W zabytkowym budyneczku nieopodal portu jest wyłożona księga pamiątkowa, są wpisy Polaków, dopisaliśmy się i my. Kazik się zawziął na ryby, ale one nie chciały współpracować. Wieczorem stało sześć jachtów, a rano o 9 zostaliśmy sami. Podobnie było z kilkoma kamperami stojącymi przy porcie. Ruszyliśmy na północ, ale wiatr osłabł i trzeba płynąć na silniku.

Wyspa Uto
.
Zakotwiczyliśmy przy wyspie Gotska Sandön i pontonem przepłynęliśmy na brzeg. Próbowaliśmy najpierw dobić do plaży, podnosząc miecz i ster, ale był to błąd, bo piasek jest kamienisty. Można kotwiczyć w wielu miejscach zależnie od kierunku wiatru, ale jest tu rezerwat i część terenu jest szczególnie chroniona. Niedaleko kotwicowiska „Las Palmas” jest miejsce do oglądania fok i ptaków zwane Saludden. Dopłynąć bezpośrednio tam nie wolno, bo to akwen zamknięty. Plażą też nie można dojść. Trzeba iść drogą w lesie, niedaleko brzegu. Dochodzimy do kładki prowadzącej do miejsca osłoniętego płotem z desek. W deskach są otwory do obserwacji, nawet lornetki są w skrzynkach, ale warto przynieść jachtową. Na pobliskich skałach wylegują się stada fok i kormoranów. Słychać zawodzenie fok. Są stoły i ławki do odpoczynku. Jest księga pamiątkowa i można się wpisać,oczywiście też się wpisałem. Wyspa jest duża, ale rowerami nie da się jechać, bo drogi piaszczyste. Do plaży dobija stateczek i dowozi turystów. Traktor zabiera bagaże. Nocują na wyspie przez kilka dni w domkach i namiotach. To chyba też raj dla ornitologów. Przenocowaliśmy na kotwicy, ale rano wiatr zmienił kierunek i fala nas wcześnie obudziła. O siódmej rano już najedzeni płynęliśmy w stronę Alandów. Dzień później zacumowaliśmy rano w Mariehamn. Opłata 40 e, wszystko w cenie z sauną i pralkami. Zwiedziliśmy muzeum i „Pommerna”. Poszliśmy na drugą stronę wyspy, pozwiedzaliśmy miasto i ruszyliśmy na kolejne wyspy. Pierwsza to wyspa pilotów zwana Kobba Klintar, wejście ciasne, ale port pusty i uroczy. Na skale stoi pomnik malarza z kotkiem. Kawiarnia zamknięta, bo poniedziałki mają wolne. Muzeum też zamknięte. Ciut za skałami pływają olbrzymie promy, wygląda aż nierealnie taki kontrast. Kolejne miejsce to cumowisko w rezerwacie Jungfruskar- Korso, z hakami w skałach do cumowania i boją. Nacieszyliśmy się widokiem, zjedliśmy obiad i popłynęliśmy dalej. Warto tu stanąć, zrobić grilla i przenocować w ciszy.

Kaliskaer
.
Przepłynęliśmy do portu Rodhamn, to też miejsce szczególne. Pomosty wychodzące wprost ze skał, kawiarnia, prysznice, tylko opłata 37e to trochę dużo. Toalety wersja uproszczona, ale obrazki na ścianach, kwiatki i czyściutko. Brak prądu. Pomimo cumowania dwudziestu jachtów w porcie jest absolutna cisza. Na skałach kilka stolików do biesiady. Poszliśmy na drugą stronę wyspy, głównie skały pod nogami. Drzewa jakoś sobie radzą. Ruszyliśmy o 11-tej, słońce 4-5B Trochę zmieniamy plany, bo w prognozach jest sztorm na sobotę/niedzielę. Kierujemy się na półwysep Hanko, Turku wykreśliliśmy. Zacumowaliśmy w porcie Sandvik na wyspie Kökar. Pomost wychodzący ze skały, kawiarnia prysznice toalety kuchnia śmieci prąd, opłata 28euro. Brak wody na pomoście choć krany są. Stało 10 jachtów. Sporo namiotów i aut kempingowych stoi obok portu. Wszędzie skały, ale nawet pole uprawne widzieliśmy. Kawiarnia z małym sklepikiem. Można wypożyczyć rowery \10e\ pewnie warto objechać wyspę, ale mamy inne plany. Wypływamy o 9-tej w stronę wyspy Kallskaer; chcemy ją tylko zobaczyć i popłynąć na Utö. Na mapie nie podają głębokości to wpłynęliśmy bardzo ostrożnie. Faktycznie głębokości kilkumetrowe. Po podniesieniu miecza i steru zacumowaliśmy do pomostu. Woda jak kryształ. Niedługo zacumowały do skały trzy jachty fińskie. Poszedłem na szczyt góry by zrobić zdjęcie, trzeba ostrożnie chodzić, bo teren trudny. Tak mnie tam ciągnęło, że nawet kapoka zapomniałem zdjąć. Zjedliśmy obiad w tym ślicznym miejscu i popłynęliśmy dalej. Niestety wiatr od dziobu a zostało dwadzieścia kilka mil. Zacumowaliśmy na Utö o 20-tej; kolacja i krótki spacer. Obok stoją trzy jachty. Wody brak, pryszniców brak, bosman będzie o 13-tej… Jest widoczna druga marina i pewnie trzeba zmienić na przyszłość miejsce, wygląda korzystniej. Rano o 7-ej ruszyliśmy do portu Hanko. Niebieskie niebo i bejdewind 4B, niestety 60 mil do przepłynięcia. Prawie cały dzień na genakerze i zacumowaliśmy o 21-tej. Rano zwiedzanie i po śniadaniu wypłynęliśmy. Zaczynamy się spieszyć by uciec do Tallina przed sztormem. Ten etap miał 60 mil i pod koniec płynęliśmy na kawałku foka. Tak silnych wiatrów dotychczas nie mieliśmy. Zmieniliśmy docelowy port w Tallinie na bliższy by zdążyć przed kolejną nawałnicą. Chwilę po zacumowaniu uderzył jeszcze silniejszy wiatr, ściana deszczu i zapadła ciemność. Kakume to nowy port ze wszystkim co potrzeba, większość jachtów to rezydenci. Duży dźwig samojezdny, stacja paliw, y- bomy, pralki, opłata za postój 40 euro. Wiatr w porcie dochodził do 16m/s i spało się nerwowo. Port oddalony jest od Tallina o 10 km. Pojechaliśmy autobusem zwiedzać Stare Miasto, bo i tak wieje dla nas za mocno. Kolegów zaciągnąłem na wieżę kościoła św. Olafa. Rozpościera się z niej piękny widok na miasto, niestety wiało na górze piekielnie. To była najwyższa wieża w średniowieczu w Europie zbudowana w 1500 roku. W kolejnym dniu wiatr trochę osłabł i przepłynęliśmy do portu Seaplane (przy muzeum). Opłata 35euro za port razem z sauną, do miasta blisko. Bosman wskazał miejsce i odebrał cumy. Trzeba wydać 20 euro na bilet, ale muzeum morskie ciekawe. Wypływamy o 9 AM w stronę Dirhami. Zakotwiczyliśmy przy wyspie Dużej Pakri (w przesmyku między wyspami) i pontonem popłynąłem na ląd. Googiel nawet wskazuje port… Zupełne odludzie, tylko ptaki i foki. Wyspa była poligonem i trochę złomu zostało. Pełno wraków w wodzie i na brzegu. Wyspa cała w lejach po bombach. W internecie są zdjęcia gór pocisków i wielu pojazdów będących celami, niestety większość sprzątnęli. Kilka lat temu zwiedzałem obie wyspy. Wtedy cumowałem od strony wschodniej do Małej Pakri. Jest tam wygodne kotwicowisko i nawet boja dla jakiegoś stateczku dowożącego turystów. Na Małej Pakri są domy wyglądające jak skansen i mieszka kilka osób. Jest mostek między wyspami i grobla. Część wysp jest rezerwatem. Na obu wyspach są małe kamienne kościółki.

Rodhamn
.
Na noc dopłynęliśmy do Dirhami, znam go, bo stałem tu kilkukrotnie. Port się rozbudowuje, tylko gości brak, stało kilka jachtów. Opłata 30 e. Rano ruszyliśmy na południe. Trochę daleko było, ale dopłynęliśmy o zmroku do portu Kuivastu na wyspie Muhu. Port jest podczepiony do przejścia promowego. Stały ruch promów, bo Muhu jest połączona mostem z Saremą i tam pewnie większość ludzi jedzie. W marinie bosman wskazał miejsce i odebrał cumy, po chwili już wisiała polska flaga na maszcie. Pomosty solidne z y-bomami, stacja paliw, sklep spożywczy, opłata 30 e.

Kaliskaer
.
Rano wiatr północny 4-5B i słońce zachęciły do płynięcia. Trzeba skorzystać i obieramy kurs na Mõntu. To ponad 60 mil, ale prędkości przekraczały często 6 węzłów i po 22-tej już cumowaliśmy, niestety tutaj to już noc. Nawet bosman nas przywitał po ciemku i skasował 20e. Port ładny, ale stały tylko dwa jachty. Rano poszliśmy na spacer na przylądek Sõrve, jest tam ładny cypel z latarnią. Wróciliśmy zmęczeni i ruszyliśmy na Łotwę. Niestety wiatr dokładnie przeciwny. Port Windawa odwiedzałem wielokrotnie i wejścia nocnego się nie bałem. Jednak silny wiatr, deszcz, burza nad lądem z piorunami, a na dokładkę prom właśnie wychodził w ostatnim momencie, to już sporo na jeden raz. Prom to niby duża jednostka i mocno oświetlona, ale na tle świateł z brzegu dostrzegłem go dopiero w główkach. Trochę brak AISa dokuczył. Opłata 25e i wszystko po staremu. Pogoda trochę nas zamurowała to trzeba było pozwiedzać. Staliśmy pięć dni (!) i niestety musieliśmy zmienić dalsze plany. Planowaliśmy przepłynąć na Gotlandię by ominąć dużym łukiem wody rosyjski. Popłynęliśmy do Lipawy, wiatr i fale trochę osłabły. Odcinek 60 mil, ale jak zwykle refowanie, burze, deszcz. O 18-tej już cumowaliśmy w marinie. Wszystko po staremu, opłata 20 e, tylko cztery jachty gości. Jacek poszedł zapłacić za port i przyniósł kartkę formatu A4 do wypełnienia z danymi załogi, trochę się odzwyczaiłem od takiej biurokracji. Wieczorem suszymy się i drobne zakupy w pobliskim markecie. Zapasy się kurczą, a w sklepie prohibicja wieczorem i rano. Na zwiedzanie czasu zabrakło, po wyspaniu ruszamy do Polski. Rozważaliśmy jeszcze Kłaipedę, ale brakuje już czasu. Słońce i spokojne wiatry. Trochę strefę ekonomiczną przecięliśmy w nocy. Znajomi odradzali płynąć po nocy, ale wyszło inaczej. Nad ranem wiatr zwiększył siłę i zrobiło się nieprzyjemnie. Do Helu dopłynęliśmy wymęczeni po 36h. ale to przecież 160 mil było. Rejs trwał cały sierpień, rzepłynęliśmy ponad tysiąc mil, odwiedziliśmy trzynaście wysp, pod salingiem zawisło pięć banderek. To jak na jacht o długości 7,5 m chyba całkiem sporo, Refowaliśmy się wielokrotnie, często nawet żeglowaliśmy na samym foku, ale przechyłów niebezpiecznych nie było. Prędkości na żaglach często 5-6 węzłów, a bywało i więcej. Brawa dla projektanta Jacka Daszkiewicza za znakomity projekt. Ani razu nie byliśmy kontrolowani. Nigdzie nie zgłaszaliśmy wejść do portów, tylko w Polsce.
.
Jacht był przygotowany na rejsy po Bałtyku. Miecz nierdzewny z likwidacją stukania, dodatkowe żagle genaker i code 0, system szybkiego refowania grota z kokpitu dwa refy, radiostacja, wiatromierz, ploter z echosondą i mapą Bałtyku, kompas, autopilot, światła nawigacyjne, panel solarny, owiewka nadkokpitowa, we wnętrzu dodatkowe poręcze, schody stacjonarne zamiast drabinki, toaleta morska ze zbiornikiem, kuchenka na kardanie, ponton, tratwa ratunkowa i pirotechnika nawet. Silnik przyczepny 6 KM, na pantografie to niestety słabe rozwiązanie na morze i trzeba znać jego ograniczenia. Mazury są zapchane wieloma jachtami i warto się z nich wyrwać. Trzeba trochę łódki przygotować, ale nie są to wielkie koszty. Nawigacja dziś też przestała być wiedzą tajemną. Pozdrawiam
Michał
|