Czas odpoczynku na Martynice dobiegł końca. Jacht „Epoka” z Markiem i Joanną Zwierzach o których rejsie w SSI czytaliście już kilka artykułów – znowu wyruszył w drogę. Zaczęli od celu ambitnego organizacyjnie – Kanał Panamski jest krótszy od Kanału Kilońskiego ale obfituje w multum kłopotów. O tych kłopotach czytaliście niedawno (23 listopada 2025) w SSI. Była to relacja Eugeniusza Moczydłowskiego z powrotu s/y „Magnus Zaremba” do Polski. Jednym słowem – już wiecie czego się spodziewać po relacji Marka Zwierza.
Drogim Zwierzakom gratuluję, ale nie zazdroszczę.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
------------------------------------
Don Jorge,
Oj, działo się. Przypłynęliśmy do Colón w poniedziałek wieczorem, we wtorek wpadł agent
kanałowy obejrzeć jacht, ustalić szczegóły, zainkasować opłaty i spytać, kiedy chcemy płynąć
przez Kanał. Ponieważ uwierzyliśmy różnym plotkom, że czas oczekiwania to minimum
tydzień, raczej dziesięć dni czy dwa tygodnie, a w skrajnych przypadkach i trzy tygodnie, to poprosiliśmy o jak najszybszy termin. Usłyszeliśmy, że przed niedzielą raczej nic z tego nie będzie. W środę po południu zadzwonił, że w piątek mamy “Transit”… Nawet nie zdążyliśmy pójść na spacer do sąsiedniej dżungli. W czwartek szybkie zakupy i poszukiwanie trzech osób do prowadzenia lin. To wymóg wynikający z kanałowych przepisów. Na jachcie musi być sternik, cztery osoby do lin i “advisor”. Dla wszystkich musi być przygotowany posiłek i napoje na czas całego tranzytu. W dodatku linowi na jachcie śpią.
Colon to nie wioska nad Zatoką Gdańską
. Spią? Tak, bo przejście przez Kanał w kierunku Pacyfiku jest przedsięwzięciem dwudniowym, chociaż jest nieco krótszy od Kanału Kilońskiego. Startuje się po południu, przechodzi o zmierzchu przez system trzech pierwszych śluz, śluz Gatun, i jakieś dwie mile za śluzami staje się na noc na boi. No, takie mooringi to my znamy… Nic bardziej mylnego. Boja jest wielkości połowy EPOKI i staje się przy niej burtą.
. No to od początku. W czwartek nasz agent pojawił sie z sześcioma odbijaczami i czterema linami zupełnie nie przystającymi do rozmiarów naszych kluz i knag, Nie mogliśmy tak szybko załatwić linowych, ale to nie okazało się problemem. W piątek pojawił się z linowymi. Trzech młodziaków, jeden z pewnością student, drugi z pewnością żeglarz, a trzeci też sympatyczny. Wszyscy na R: Ricardo, Raoul i Ramon. I to było najlepsze, co nam się mogło przytrafić. Chłopcy wiedzieli dokładnie co, kiedy i jak zrobić bez wydawania jakichkolwiek poleceń. Z mariny wypłynęliśmy o 1451, a o 1530 mieliśmy się spotkać z advisorem. Spóźnił się o jakieś 40 minut, ale i tak kręciliśmy sie w miejscu przez kolejne 40 minut. Czekaliśmy na “big ship” z którym mieliśmy sie razem śluzować. David, nasz advisor, krytycznie przyjrzał sie naszym knagom i o czymś długo rozmawiał przez UKF-kę. Jak skończył, uśmiechnął się I stwierdził: “Załatwione. Nic nie musicie robić. Powiedziałem im, że macie za małe knagi. Do śluzy wchodzimy w trzy jachty, Staniecie przy tym największym. On się wszystkim zajmie.” Faktycznie. Przed śluzą połaczyliśmy sie w trzyjachtową tratwę; od lewej my, aluminiowa Garcia 52 Exploration i 42 stopowy katamaran. Wchodzimy do śluzy. Z brzegu lecą rzutki. Ależ precyzja! Przekazujemy je Chińczykom na Garcie i nie mamy już nic do roboty. Chińczycy też mają linowych, a sami zajmują sie filmowaniem, robieniem zdjęć, ogólnie relacją z wydarzenia. Do tego stopnia, że jak przechodziliśmy do drugiej śluzym grzecznie za dużym statkiem, to ich sternik sie pogubił i niemal wyrżnął katamaranem w ścianę śluzy. Na szczęście ich advisor w porę wydał komendę “Marek, cała wstecz!”. Skończyło sie na jednym urwanym odbijaczu, który na następnej śluzie odzyskaliśmy. Po trzech śluzach podnieśliśmy sie na wysokość 28 m nad poziomem Atlantyku. Potem jeszcze dwie mile i stoimy na boi. Hmmm… kokpit wyczyszczony z zalegających tam przydasiów, które wylądowały w dziobie. Advisor znika po niejakich trudnościach z przejściem z niskiej EPOKI na wysoką pilotówkę. W końcu przeszedł najpierw na boję a z niej na statek. Nasi Trzej Panowie R dostają koje w mesie. Dwie nasze i materac pośrodku. My z radością układamy sie w kokpicie. Ta radość mija nam po godzinie, kiedy zaczyna padać, lać, normalne oberwanie chmury…
.
Następnego dnia o siódmej przypływa nowy advisor, Rahinaldo, i natychmiast ruszamy dalej. Już był uprzedzony, że 5 węzłów to nie jest nasza prędkość podróżna, a prędkość maksymalna. Na szczęście mieliśmy lekki wiatr od rufy. a do tego jeszcze prąd w kierunku Pacyfiku. Wyciągnęliśmy nawet 5,5 kn. Płyniemy po olbrzymim sztucznym jeziorze Gatun. Mijamy niegdysiejsze szczyty wzgórz rozrzucone tu i ówdzie jak zielone kluski na talerzu.
Farwater jest kręty, a poruszają się tu statki, no dziwne. Nie bardzo czasem wiadomo, gdzie przód, gdzie tył. Na kwadrans stajemy na jakiejś boi, bo musimy poczekać na statki płynące w przeciwnym kierunku.
. Na Pacyfik też wiodą trzy śluzy. Najpierw jedna. potem półtoramilowe jezioro, które kiedyś było działem wodnym pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem, i dwie śluzy Miraflores. W każdej opuszczamy się o dziewięć metrów (!). Tym razem nasza tratwa staje przed wrotami, a wielki samochodowiec wyglądający jak olbrzymi karton od butów, zostaje powolutku przyciągnięty przez ”muły”, czyli specjalne lokomotywy. Specjalne, bo niektóre odcinki jadą jako kolejka zębata. pod dość stromą górkę, ewentualnie z niej zjeżdżając. Mają specjalne haki uniemożliwiające przewrócenie się. Są wyposażone w dwie windy linowe. Ich zadaniem jest utrzymanie statku w linii śluzy.
Otwierają się ostatnie wrota i JESTEŚMY NA PACYFIKU!
Marek Zwierz
Ten artykuł pochodzi ze strony: JERZY KULIŃSKI - ŻEGLARZ MORSKI
Subiektywny Serwis Informacyjny http://www.kulinski.navsim.pl