Radość ze swobodnego żeglowania po rzekach i kanałach Europy, którą zawdzięczamy przynależności do cywilizowanej Europy psuje nam … klimat. Wszystko się rozregulowało. Bo to mocium panie wszystko bez te atomy, auta i samoloty. Susze na przemian z powodziami. Ale nie upadajmy na duchu. Statystyki nas pocieszajuą, choć pesymiści nadal się upierają, że dobrze to już było. Byle tylko barbarzyńcy i wandale ze wschodu wojny na nie przynieśli. Jak jest teraz relacjonuje Wojtek Skóra- relacja z XLVII R.Ż.2026.
Zyjcie wiecznie!
Don Jorge
=====================================
Dzień dobry Jurku,
Zachęcony Twoją prośbą przesyłam Ci tekst moich skromnych przemyśleń na temat perspektyw pływania po rzekach i kanałach Europy (nie jestem pewien czy morskich żeglarzy zainteresuje pływanie po śródlądziu). Oczywiście tekst jest tylko i wyłącznie moim osądem, chociaż opartym na sporym, własnym doświadczeniu z pływania po wielu, przeróżnych śródlądowych akwenach Europy. Chciałbym jednak, aby moja ocena nie została odebrana jako kasandryczne wieszczenie totalnej katastrofy.
Jednak stan wody zaczyna uniemożliwiać nam dopłyniecie do wielu niezmiernie ciekawych miejsc posiadających ogromne walory krajoznawcze, przyrodnicze czy związane z miejscową, nietypową architekturą. Oczywiście istnieje wiele Pojezierzy, na których można się pływać i spełniać swoje pasje, lecz jest to zawsze bardziej czy mnie ograniczony akwen. Umowa z Schengen daje nam możliwość swobodnego pływania niemal po całej Europie oraz odwiedzanie i zwiedzanie miejsc o których wcześniej niewiele lub nic nie wiedzieliśmy. Miejscowy folklor, kuchnia, ciekawe, niekiedy nieoczywiste atrakcje pozwalają nam poznać niepoznane. Polecam, bo wielu rzeczy nie da się zapomnieć, a mogą stać się znakomitą motywacją na następnych, rzecznych eskapad.
Pozdrawiam Cię serdecznie – wodniacko
CORAZ TRUDNIEJ BO… BRAK WODY
.
Zacznę od przykrej konstatacji – coraz trudniej pływać po śródlądowych wodach
Europy. Powodem wcale nie jest brak umiejętności, map – przewodników, oznakowania
brzegowego czy przyjaznych przystani. Bardziej prozaicznie – brak WODY w rzekach
i kanałach. Może to brzmi nieco katastroficznie, ale jeżeli jacht mieczowy o zanurzeniu
35-40 cm, z podniesionym mieczem, nie może bez ciągłego przycierania kadłubem
o dno rzeki płynąć Odrą lub Elbą (Łabą), to jest już naprawdę źle. Dodatkowo oglądając
w telewizji tegoroczne relacje o poziomie wody na Renie czy Dunaju i porównując
pokazywane obrazki z trasą zeszłorocznego, własnego rejsu po Dunaju nasuwa się
mało optymistyczny obraz wodnej żeglugi turystycznej.
Po pierwsze mieliśmy w zeszłym roku bardzo dużo szczęścia, które pozwoliło nam bez
problemu przepłynąć po trzeciej co do wielkości rzece Europy prawie 2000 km. Od austriackiego
inzu do rumuńskiej Tulczy (dalej do Suliny szlak był niedostępny), po drugie będziemy musieli
chyba ograniczać swoje wodniackie aspiracje, pomimo pełnej swobody w pływaniu
w strefie Schengen, do nielicznych, dużych pojezierzy, z których odpływ wody
ogranicza system śluz lub zbiorników retencyjnych.
.
Wracając do naszego rejsu, wyruszyliśmy w dniu 29 czerwca z Kostrzyna nad Odrą,
ze znanego nam już wcześniej nadwarciańskiego nabrzeża Nadzoru Wodnego, gdzie
łatwo podjechać dźwigiem i zwodować łodzie do wody. Niestety dalej, do pobliskiego
Klubu Żeglarskiego „Delfin” dostęp ze względu na skrajni niski poziom wody w Warcie
jest mocno ograniczony. Choć od wielu lat planowana jest rozbudowa i modernizacja
istniejącej infrastruktury brzegowej, przede wszystkim pogłębienie basenu przystani.
I choć już w 2010 Komandor Klubu śp. Bolesław Cieślik przedstawiał gotowy projekt
rozbudowy przystani, nadal pozostaje on w sferze marzeń warciańskich i odrzańskich
wodniaków. Póki co jest to to jedyne miejsce, gdzie można uzupełnić wodę, skorzystać
z prysznica czy zrobić ostatnie zakupu w nieodległym centrum handlowym.
.
Blisko 60 kilometrowa podróż, teoretycznie już głęboką Odrą przynosi pierwsze
oznaki czekających nas atrakcji. Liczne przemiały, mało aktualne oznakowanie
brzegowe podnosi nam stale ciśnienie. Na szczęscie śluza Hohensaaten, już na
Haweli wybawia nas z kłopotu niskiej wody, a widok i pokonanie „starej” podnośni
Niederfinow wyraźnie poprawia humory. Płyniemy rzeką poprzecinaną kilkoma
śluzami, wystarczająco trzymających poziom wody. Przed nami Spandau, a dalej
postój i zwiedzanie Królewskiego Pałacu w Cecillienhof, miejsca, w którym podpisano
akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, który zakończył II wojnę światowa w Europie.
Pałać i otaczający go park robią jak zawsze ogromne wrażenie, mnóstwo zieleni,
różnorakich drzew i krzewów przyciętych w finezyjny sposób oraz kwiatów, zachęcają
do długich, niespiesznych spacerów.
.
Dalej płyniemy na zachód, powoli zbliżając się do Mittellandkanal przed którym
wpływamy na Elbę (Łabę) i kontynuujemy swoją podróż, tym razem już na północ.
Pogoda się zmienia, o ile spacery po mijanych miejscowościach obywają się
w ciepłych, nieznacznych powiewach wiaterku i są przyjemne, o tyle już samo płyniecie
po Elbie odbywa się w prawie późno jesiennych warunkach. Choć płyniemy z prądem
rzeki, jak prawie zawsze na rzekach, mamy przeciwny, bardzo zimny wiatr
„mordewind”. Nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek indziej, płynąc na początku
lipca po śródlądowych szlakach wodnych, musiał się tak ciepło ubierać na „cebulkę”
i zakładać na głowę kaptur od kurtki przeciwdeszczowej. Dodatkowo nawet nie można
było podczas sterowania osłonić się za szprycbudą, bo liczne przemiały i rozległe
płycizny skutecznie wymuszały wzmożoną uwagę. Wcześniej myślałem, że tylko Wisła
ze swymi mieliznami i przechodzącym od brzegu do brzegu oznakowaniem, kilka razy
na każdym kilometrze rzeki jest tak „pofastrygowana” nurtem, ale okazuje się, że Elba
niemal jej dorównuje. Są to niestety uroki rzek nie uregulowanych śluzami.
W miejscowości Dömitz skręcamy w prawo opuszczając Łabę i płyniemy kanałami
licznie poprzecinanymi śluzami i jeziorami w kierunku jez. Müritz i miejscowości Waren.
To takie niemiecki Mazury, a samo jez. Müritz jest niewiele większe niż polskie
Śniardwy. Byliśmy tutaj już podczas rejsu PTTK w 2012 r, ale urokliwość tego
uzdrowiskowego, wiekowego miasta zachęca do jego ponownego odwiedzenia.
Dodatkowym plusem miejscowego portu jachtowego jest jego wielkość i wyposażenie
techniczne, jest to zresztą jedyny port w Niemczech jaki widziałem, w którym
przypływający jacht, w awanporcie wita pływający na ribie hafenmeister wskazując
odpowiednie miejsce do cumowania. Miłe i pozwalające bezstresowo zacumować
w y-bomach, zwłaszcza przy niesprzyjającym wietrze. Jeżeli chodzi o opłaty za
cumowanie łodzi do 8m, to podczas całego rejsu kształtowały się w przedziale 16-23
€, niekiedy opłaty, zwłaszcza w tych tańszych opcjach powiększone były o opłaty
w automacie: za prysznic -1 € za 5 minut (z możliwością chwilowego wyłączenia wody
- wystarczające), czy też 1 € za 1KW energii.
.
Waren było najdalszym miejscem w tegorocznym rejsie, powoli udajemy się w drogę
powrotną, wracamy kanałami z licznymi śluzami, by najpierw Havelą a potem Szprewą
popłynąć przez Centrum Berlina. Samo przepłyniecie przez Centrum Berlina wymaga
kilku słów wyjaśnienia. Jest to około 10 km odcinek Szprewy, obwarowany
dodatkowymi przepisami żeglugowymi. Możemy to przepłynąć dwa razy dziennie: rano
w godzinach – 7.00-9.30 lub po południu w godzinach 19.00 – 21.30. Pomiędzy tymi
godzinami pierwszeństwo w pływaniu mają jednostki profesjonalnej żeglugi
pasażerskiej, wożące tłumy turystów.
Trasę tę rozpoczynamy około godz. 07.30, od przepłynięcia śluzy Charlottenbur, by
potem niespiesznie płynąc, częściowo przez rządową dzielnicę Mitte, podziwiać na
trasie budynki: Reichstagu, Bramy Brandenburskiej czy zabudowę Wyspy Muzeów.
Jest to jednak wystarczający czas, aby móc podziwiać ciekawy architektonicznie
i historycznie odcinek berlińskiej Szprewy. Odcinek ten zamyka śluza Mühlendamm,
przy której występuje dość mocny uciąg wody (zalecany jest w łodzi silnik o mocy
powyżej 5 KM), by potem pokonując jeszcze następne śluzy, wypłynąć ponownie na
Odrę przez ostatnią niemiecką śluzę w Eisenhüttestand.
.
Odra po czterech tygodniach naszej na niej nieobecności jest już inną rzeką, dużo
płytszą, z większą ilością mielizn i różnorakich przeszkód. Prawie cały czas podczas
żeglugi trzemy dnem łodzi o piasek. Niby mamy do pokonania, przez Słubice do
Kostrzyna nad Odrą trochę ponad 60 km, to ostanie 25 km płyniemy dwa dni. Awaria
silnika w jednej z łodzi, jej holowanie, ciągłe lądowanie na przemiałach, bardzo
utrudnione manewry przez podniesiony prawie w całości miecz i ustawioną poziomo
płetwę sterową dostarczały nam ekstra przygód i przeżyć, ale też pozwalała zdobyć
dodatkowe doświadczenia podczas ekstremalnego pływania po płyciznach.
W ciągu 31 dni niespiesznej żeglugi pokonaliśmy prawie 1000 km rzek, kanałów
i jezior, przepłynęliśmy przez 46 śluz (5 śluzy dwukrotnie), pozostały w nas
niezapomniane wspomnienia, dodatkowa radość ze wspólnie spędzonych chwil
i niezachwiana wiara, że wodniak wodniakowi zawsze pomoże.
Czy było wart – na pewno tak. Nawet ponowny pobyt lub przepłyniecie tego samego
szlaku wodnego jest zawsze inne. Przez stan wody, rozbudowaną infrastrukturę
brzegową lub jej likwidację, stan pogody, mijane lokalne atrakcje i imprezy, spotkanych
ludzi, długość spędzonego czasu na wodzie.
.
Gorąco polecam i zachęcam do pływania Europejskimi Szlakami Wodnymi, póki
jeszcze możemy zrobić to na pokładach jachtów czy łodzi motorowodnych, bo cały
czas wisi nad nami widmo braku wody w rzekach i kanałach. Potem to już tylko kajak.
Tak ten rejs widział i zapamiętał
Wojtek Skóra
Czerwiec-lipiec 2026 r.
.