Emeryci Marek Zwierz i Joanna Siemiak na jachcie „Epoka” płyną wzdłuż północnego i zachodniego brzegu Hiszpanii. Rejs atrakcyjny, tylko te orki, które znielubiły jachty. To psuje humor.
News ciekawy – pouczający dla tych, którzy się wybierają w tamte okolice.
Powodzenia.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
==================================
Emeritus Travel - 2
W pierwszym odcinku wyruszyliśmy z Górek Zachodnich i z mniejszymi i większymi przygodami i mniejszymi i większymi zachwytami odwiedzanym światem przemieścliśmy się przez Bałtyk, Morze Północne, Kanał La Manche i wybrzeże Zatoki Biskajskiej do La Rochelle. To nie koniec naszej peregrynacji. Dalej na południe. Tutaj już zaczynają się schody. Takie czarno białe schody pływające wzdłuż wybrzeża od Gibraltaru w górę aż do… No właśnie. Nikt tak naprawdę nie wie jak daleko na północ sięga ich strefa zainteresowania. Akurat w tym czasie zameldowano ataki orek w pobliżu Bilbao. Akurat, kiedy tamtędy płynęliśmy. Na razie nie udało nam się, na szczęście, ich zobaczyć.
.
Natomiast nasz cel, Bilbao, pierwszy port w Hiszpanii, wręcz przekroczył nasze oczekiwania. Muzeum Gugenheima to banał, ale wille nad brzegiem Zatoki Gaskońskiej zbudowane na przełomie XIX i XX wieku przez bogatych przemysłowców zaprawdę godne są uwagi. Perełeczką natomiast jest Portugaletta, dzielnica po drugiej stronie ujścia rzeki Nevron. Wisienką na tym torcie jest pierwszy na świecie, podwieszany prom, zapewniający transport pomiędzy oboma brzegami Nevronu. Stalowa, kratowa konstrukcja przypomina inne znane budowle. Nic dziwnego, skoro konstruktor był uczniem słynnego Gustave Eiffela.
.
Już w drodze do Bilbao byliśmy świadomi bliskości operujących tu orek. Nie powiedziałem Asi, że już po dotarciu do celu na znanych orkowych portalach atak orek był zarejestrowany dokładnie na przebytej przez nas trasie. Hiszpanie sugerowali po pierwsze pływanie na wodach płytszych, niż 20 m i tylko w dzień. To pierwsze zupełnie się nie sprawdziło, ponieważ orki zaczęły wchodzić nawet w ujścia rzek w poszukiwaniu smakołyków, czyli młodych ośmiornic. Na akwenie na południe od Finisterre czuliśmy się bezpieczni płynąc pomiędzy wysepkami, a stałym lądem, a tymczasem właśnie tam nastąpiło kilka ataków. W dodatku w tym czasie, kiedy i my tamtędy płynęliśmy. Na szczęście nami się nie zainteresowały. Co do żeglowania w dzień, to nie sposób nie zgodzić się z Hiszpanami, że w nocy podejmuje się gorsze decyzje i w nocy utrudniona jest akcja ratownicza. Natomiast orkom pora dnia jest zupełnie obojętna. Biorąc to wszystko pod uwagę decydujemy się na dzienne skoki wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża. Dało nam to możliwość odwiedzenia miejsc, o których niezwykłości, pięknie i uroku nawet nie marzyliśmy.
.
Drugim naszym portem w Hiszpanii było Laredo. Miasteczko pełne uroku, ale i kilku zaskoczeń. Nie, to nie narożny bar o wdzięcznej nazwie „69”. To niepozorny dom pielgrzyma, bo jesteśmy na oficjalnej Camino Norte, drodze pielgrzymki do Santiago de Compostella, a obok niego niewidoczny z ulicy kościół. Kościół, czyli trzynawowy gmach, którego nawet nie podejrzewaliśmy. Na przeciwnym wzgórzu też stoi kościół. Ten jest z daleka widoczny, ale dopiero po wejściu do środka widać ogrom pięcionawowej katedry. Skąd tyle tak wielkich budowli sakralnych w miasteczku raptem dwunastoipółtysięcznym. Dopiero później doczytaliśmy się, że Laredo było w XV wieku największym atlantyckim portem wojennym Hiszpanii.
.
Ominęliśmy starannie Santander, ponieważ w Real Club Maritimo odmówiono nam miejsca, a Marina de Santander jest tak daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, że stwierdziliśmy skoro ten rejs ma być przyjemnością, to tam nie jedziemy. Ribadesella to był kolejny porcik, o którym nie mieliśmy pojęcia, a szkoda. Poza uroczym miasteczkiem okazało się, że jest tam jaskinia z malunkami sprzed 15 tysięcy lat. I to jakimi… Szczególnie głowa konia jest namalowana z taką precyzją i wykorzystaniem nierówności skały, że sam Mistrz malowania koni, Wojciech Kossak, by się nie powstydził.
.
Od czasu do czasu warto zajrzeć do jakiegoś większego miasta. Po pierwsze po to, żeby uzupełnić niektóre zapasy, ale przede wszystkim, żeby docenić te niewielkie, urokliwe miejscowości. Teraz padło na Gijon, choćby dlatego, że skończyła się nam nasza ulubiona zielona herbata. Jak ktoś umie szukać, a my chyba powoli nabieramy w tym wprawy, to nawet w dużym mieście znajdzie cos wartego zainteresowania się. W Gijon był to ogród botaniczny. Na sporym areale w XVIII wieku powstał prywatny ogród skupiający głównie rośliny atlantyckie, z okolic Zatoki Biskajskiej, pokazujące występujące tam ekosystemy. Jedyny ogród botaniczny w Asturii. Samo Gijon znane było już w starożytnym Rzymie jako Gigia, chociaż są też wykopaliska z epoki brązu. Kolejnym ogrodem botanicznym na naszej trasie był ogród w Luarce. Sam port wymaga niezłych umiejętności ekwilibrystycznych i dobrej pogody, natomiast sam ogród był zbiorem roślin z Cantabrii i wybrzeży atlantyckich. Można tam przesiedzieć i przespacerować cały dzień dziwiąc się ludziom leżącym na pobliskiej plaży. Na szczęście dla każdego znajdzie się coś co lubi.
.
Płyniemy dalej i cumujmy w Ribadeo. To kolejna miejscowość z historią sięgającą Rzymu lub wcześniej. Nie to jednak nas tu zadziwiło. W pobliżu jest fragment wybrzeża zwany Playa de las Catedrales. Fantastyczne formy skalne na plaży. Tym razem my też znaleźliśmy się na piasku i, musze przyznać, z pewną przyjemnością.
W tamtejszych jaskiniach w czasach mitycznych mieszkały Meigas, dobre czarownice. Po drodze przechodziliśmy przez las. Dziwnybo nie dający cienia las. Chwilkę nam zajęła identyfikacja tych drzew, bo akurat eukaliptusów tutaj się nie spodziewaliśmy. Sprowadzono je w XIX wieku. Rosły szybko tworząc podstawę dla przemysłu drzewnego i plantacje przyjęły się. Brakowało tylko misiów koala. Monokultury nie są dobre dla ekosystemów, a eukaliptusy są bardzo inwazyjne wypierając rodzime gatunki i wyjaławiają glebę. Niestety w Asturii i Galicji bardzo się rozprzestrzeniły.
.
Cały czas staramy się, ze względu na orki, nie pływać nocą. Ogranicza to dzienne przebiegi do 30 – 50 mil, a przecież nie można wpaść do jakiegoś portu i następnego dnia płynąć dalej. Tak samo było w Viveiro, kolejnym małym porciku z historią. Tym razem trafił się nam osobisty przewodnik, starszy pan z laseczką, który pokazał nam tajemnicze zaułki i, w pobliskim klasztorze, pasos, wielkie, ręcznie robione platformy z figurami przedstawiającymi sceny z Męki Pańskiej lub figury Matki Boskiej. Pasos noszone są podczas procesji Wielkiego Tygodnia.
.
Wielu żeglarzy płynąc przez Kanał La Manche zatrzymuje się u jego wylotu w Breście, a stamtąd kieruje się wprost do A Coruña. My wprawdzie pominęliśmy Brest, który, przynajmniej według nas, nie ma wiele do zaoferowania, ale nie pominęliśmy dwunastu innych portów. Tutaj spotkaliśmy się z cruiserami, którzy dopłynęli bezpośrednio z Brestu. My mamy więcej wrażeń, a oni przetestowali sobie dłuższe skoki. Przyda się później taka wiedza. Żeglarze pływający na własnych jachtach zwykle ograniczają rejsy do kilkutygodniowych wakacji pływając z dziećmi pomiędzy portami i trasa 350 mil to już wyzwanie. Nie, aby było to wyzwanie żeglarskie, ale z pewnością wyzwanie logistyczne. Dla tej części, która po wychowaniu dzieci, albo z dziećmi biorąc roczny urlop, wypuszcza się w swój długi, wymarzony rejs, często jest to pierwsza możliwość sprawdzenia się na dłuższej trasie.
.
A Coruña jest wyjątkowa choćby ze względu na swoją historię. Mamy kilka wielkich kobiet w historii jak Joanna D’Arc, Elżbieta I czy papieżyca Joanna. A Coruña ma Marię Pitę, kobietę która obroniła miasto przed atakiem nikogo innego, jak samego Francisa Drake’a. W 1589 roku angielska armada oblegała miasto i nawet zajęło jego dolną część. Podczas ataku mąż Marii Pity poległ, wtedy ona zabiła angielskiego chorążego i z okrzykiem „Quien teña honra, que me siga!” („Kto ma honor, za mną!”) poprowadziła Hiszpanów do zwycięstwa. W zwycięstwie niemały udział miały kobiety, co jest udokumentowane historycznie. Na głównym placu stoi pomnik Marii Pity, a w jednej z uliczek jest jej dom. rzekształcony w muzeum z pełną historią tej galicyjskiej bohaterki. A Coruña ma jednak zdecydowanie starszą historię. Tutaj stoi najstarsza, czynna nieprzerwanie, latarnia morska na świecie, Torre de Hércules, Wieża Herkulesa. To tutaj Herkules miał przybyć po wykonaniu swojej dziesiątej pracy, zabiciu Geriona, stwora o trzech głowach, sześciu rękach i nogach oraz trzech tułowiach. Tutaj zbudował wieżę, a tak naprawdę powstała ona za czasów panowania cesarza Trajana pomiędzy 98 a 117 rokiem naszej ery. Nazywała się wtedy Farum Brigantium. Brigantium to rzymska nazwa A Corunii. Zresztą tropiliśmy nie tylko starożytności. Asia jako morski biolog nie przepuści wizyty w oceanarium w żadnym porcie. Tutaj było to Aquarium Finisterrae. Poza pokazaniem lokalnej, atlantyckiej flory i fauny morskiej, zresztą bardzo bogatej, jest tam specjalny cukiereczek, Sala „Nautilusa”. Możemy poczuć się, jak byśmy podróżowali wraz z Jules Verne i kapitanem Nemo. To fragment akwarium zrobiony tak, jakbyśmy byli na pokładzie „Nautilusa”. A za szybą ryby, rozgwiazdy, skorupiaki. Jak w salonie tej słynnej łodzi podwodnej. Niby taka sobie ciekawostka, ale jakże sympatycznie zrobiona.
.
Tutaj dopadła nas rzeczywistość. Bank zagroził zamknięciem konta, bo … Cóż, sami wprowadzili poprawkę do danych osobowych i zażądali osobistej interwencji. Nie liczyło się, że mają wszystkie kopie dokumentów, z których wynika to, co wynikać powinno. Tylko osobiste stawiennictwo i pokazanie dokumentów, których kopie przecież mają, może nas uchronić przed likwidacją konta. No, było nerwowo, bo to by nam naprawdę utrudniło działanie. Udało się wynegocjować wniosek pisemny z potwierdzonym w konsulacie podpisem. Najbliższy konsulat? W Madrycie! Cóż, w normalnych warunkach zmienilibyśmy bank, ale to nie takie proste, jak się jest poza Polską. Udaliśmy się do Madrytu. Tak szczerze, to poza kosztami, które odżałować musieliśmy, to z tego wyjazdu same korzyści. Madryt, Prado, parki, muzea, atmosfera wielkiego miasta. Trzy dni jednak w tak dużym mieście nam wystarczają. Odzwyczailiśmy się od tłumów. Wracamy na łódkę i ruszamy dalej.
.
Tutaj kończy się nasza przygoda z Zatoką Biskajską. Ruszamy dalej i chociaż następny port będzie jeszcze przed Cabo Finisterre, to już wypływamy na pełny Atlantyk. Myślę, że to będzie dobry temat na kolejny odcinek tego cyklu.
.
Marek Zwierz i Joanna Siemiak – s/y „EPOKA”
------------------
Zdjęcia:

Hiszpania_Bilbao_fot.M.Zwierz_3967 – Pierwszy na świecie podwieszany prom
przez rzekę Nevron pod mostem skonstruowanym przez ucznia Eiffel’a.

Hiszpania_Luarca_fot.M.Zwierz_4973 – Miejsce postoju w Luarce. Bardzo
niewygodne, ale w pięknych okolicznościach przyrody.

Hiszpania_A Coruna_fot.M.Zwierz_5464 – Torre de Hercules, najstarsza czynna
latarnia morska na świecie.